Moja pasja – czyli namiętność do Wielkiego Błękitu

„Jesteśmy związani z oceanem o wiele silniej niż większość ludzi podejrzewa. Zrodziliśmy się z oceanu. Każdy z nas rozpoczyna życie, unosząc się w płynie owodniowym o składzie niemal identycznym jak woda oceaniczna. […] Skład ludzkiej krwi jest zaskakująco podobny do wody morskiej. Zanurzone w wodzie niemowlę odruchowo będzie poruszało się żabką i z łatwością wstrzyma oddech na około 40 sekund, dłużej niż wielu dorosłych. Tracimy tę umiejętność dopiero, kiedy uczymy się chodzić.” J. Nestor, „Głębia”.

Od zawsze fascynowała mnie woda, lubiłam pływać, kąpać się, patrzeć na nią, przebywać w otoczeniu, gdzie woda była na wyciągnięcie ręki. Od zawsze marzył mi się mały domek nad brzegiem jeziora a później ciepłego i błękitnego morza.

W wieku 15 lat rozpoczęłam swoją przygodę z nurkowaniem. Pamiętam swoje pierwsze zejście w głębię na około 6 m w jednym z mazurskich jezior. Na początku miałam problem z przebrnięciem przez blokadę psychiczną oddychania przez automat pod wodą. Było to dla mnie nienaturalne. Kilka razy próbowałam się zanurzyć i zacząć normalnie oddychać, lecz za każdym razem wybijałam na powierzchnie, bo kończyło mi się powietrze, którego nabrałam na powierzchni. W końcu mój instruktor wkurzył się i widziałam po jego wzroku, że to ostatnia szansa i jeśli nie teraz, to w ogóle. Zebrałam się w sobie i w końcu zaczęłam normalnie oddychać pod wodą przez automat. Świat podwodny mnie zadziwił i oczarował. Choć polskie jeziora w większości nie mają za dużo do zaoferowania – są ciemne, zimne, a widoczność czasami jest ograniczona do 0,5 m, zauroczyło mnie to, że jest na tej Ziemi inny świat, do którego otrzymałam tajemniczy klucz. Na tym moja przygoda z nurkowaniem ustała na kilkanaście długich lat. Dalej chodziłam na basen, chętnie pływałam z maską i płetwami wszędzie, gdzie to było możliwe, ale pod powierzchnię wody zachodziłam jedynie na bezdechu na kilka, kilkanaście sekund.
Minęło 15 kolejnych lat i pierwszy raz w życiu wyjechałam do Egiptu. Włożyłam piankę, maskę, płetwy i władowałam się do wody. To, co zobaczyłam przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Podwodny świat był piękny, pełen kolorowych ryb, korali o przeróżnych barwach, rozpadlin, w których widać było niekończący się błękit. Z jednej strony czułam wielką fascynację, a z drugiej wielki lęk przed niebieską głębią. Mimo mieszaniny emocji, postanowiłam zanurkować. Pamiętam, jak siedziałam na plaży przed pierwszym nurkiem i trzęsłam się ze strachu, 10 razy pytając instruktora, co trzeba robić pod wodą – zapewnił, że nic – tylko ruszać płetwami, oddychać i patrzeć, a on zajmie się całą resztą. Na tym polega właśnie Intro – czyli nurkowanie dla osób bez uprawnień. Schodzi się pod wodę z Guidem, który wszystko ogarnia za Ciebie, a Ty masz za zadanie tylko podziwiać. To, co zobaczyłam, przerosło mnie kompletnie. Wielkie skały rafowe, mnogość ryb i podwodnych stworzeń, kolory, które urzekały swoją barwą i nasyceniem… Bałam się jak cholera, ale obrazy, które ukazywał mi się przed oczami, odciągały moją uwagę od mojego strachu na zewnątrz. Po wyjściu z wody towarzyszyło mi uczucie błogości i wszechogarniającego spokoju, którego wcześniej nie znałam. Tak działa azot. Azot to główny składnik powietrza. Pod zwiększonym ciśnieniem działa narkotycznie na organizm człowieka wywołując tzw. narkozę azotową. Dobrze rozpuszcza się w krwi, co powoduje nasycanie się nim tkanek naszego ciała pod wpływem zwiększonego ciśnienia (w czasie nurkowania). Tzw. azotówka może się pojawić na większych głębokościach około 30 m, zaś po płytkim nurku ma się jedynie poczucie mini haju po wyjściu z wody, bardzo przyjemne zresztą.

Od tego momentu już wiedziałam, że nurkowanie to jest właśnie TO! Kolejnego dnia nasz Guide obiecał, że pokaże nam żółwie. Pojechaliśmy na inną miejscówkę nurkową i były żółwie i jeszcze piękniejsza rafa i jeszcze piękniejsze rybki. Po wyjściu z wody chciało mi się skakać ze szczęścia.
Wróciłam do Polski i postanowiłam zrobić kurs I stopnia (uprawnienia do zejścia na maksymalnie 20 m w asyście drugiego nurka). To był ciężki kurs – najpierw cześć teoretyczna, potem praktyczna w jeziorze. Grube pianki, kaptury, rękawice, kilkanaście kilogramów balastu i zimna, szara woda. W końcu dostałam swoje uprawnienia i następnego dnia ruszyłam do Grecji, gdzie wykonałam pierwszego „samodzielnego” nurka – było cudnie. A potem się zaczęło… Egipt zimą, Egipt wiosną, polskie jeziora latem, Grecja itd. – wszędzie, gdzie wyjeżdżałam starałam się zanurkować, jeśli miałam tylko możliwość. W miarę czasu moje umiejętności rosły, a ja pod wodą czułam się coraz pewniej, zużywałam mniej powietrza, nurki dawały mi więcej funu, zdobywałam coraz to większe głębokości.

Zawsze przed nurkiem towarzyszył mi lekki stres, ale za każdym kolejnym razem był mniejszy. Do lata tego roku, gdzie zanurkowałam na Hańczy w asyście bardzo doświadczonego instruktora. Weszłam do wody – pierwsze 6 metrów przeszło gładko, woda była zimna, ale widoczność dość dobra. Od około 6 metrów zaczyna się termoklina, co oznacza, że woda robi się zimna jak z lodowca (około 4-8 stopni) i zaczyna się robić ciemno. Bez latarki nie jest się w stanie poruszać. Na 20 metrach złapał mnie lęk, poczułam ściśnięcie na ciele (jest to uczucie, którego się doświadcza na większej głębokości, kiedy na ciało człowieka zaczyna działać zwiększone ciśnienie), serce zaczęło mi bardzo szybko bić, oddech przyśpieszył, a ilość bąbelków, które wyskakiwały z mojego automatu była olbrzymia. Zdałam sobie sprawę, że jestem w obcym i nieprzychylnym dla siebie otoczeniu i właściwie to nawet nie wiem, gdzie jest góra czy dół, w którą stronę płynąć, żeby wypłynąć na powierzchnię. Czułam się jakby mnie zmroziło i kompletnie nie wiem co zrobić. Na szczęście mój partner, szybko się zorientował, że coś jest nie ok, wytrąciliśmy głębokość, zobaczyłam światło i się uspokoiłam.

To doświadczenie zapisało się w moim sercu i głowie na dobre. Poznałam swoją granicę, której już nigdy nie przekroczę. Zdałam sobie sprawę jak ważna jest asysta drugiej osoby, jak kruchą istotą jestem i jak mały błąd może mnie pozbawić życia. Od tej pory nurkowałam jeszcze kilka razy i w Polsce i za granicą, ale już z inną świadomością. Sprzęt przed wejściem do wody sprawdzam kilka razy, dokładnie dowiaduje się, gdzie płyniemy, kiedy wracamy. Nie przekraczam głębokości 20 metrów, a nawet wolę trzymać się na płytszej wodzie. Mam też spory strach przez pierwsze 10-15 minut nurkowania i potrzebuję chwili, żeby wyrównać oddech po zanurzeniu. Mam też poczucie ograniczonego zaufania pod wodą do siebie i do innych. Jestem bardzo uważna na sygnały płynące z mojego ciała pod wodą. Doświadczenia zmieniają człowieka. Moja przygoda nauczyła mnie pokory i szacunku do żywiołu jakim jest woda. Nauczyła mnie również słuchać sygnałów płynących z mojego ciała, które mi mówi „To dla Ciebie za dużo!”.

Moim zdaniem pasja, czyli namiętność do czegoś – jest dobra i służąca tylko wtedy, kiedy sprawia przyjemność, daje radość i przynosi spełnienie, ale tylko w granicach zdrowia i wytrzymałości człowieka, nie uszkadzając ani jego, ani jego najbliższego otoczenia.

Z pasją będę nadal oddawać się nurkowaniu, ale tylko w granicach własnego bezpieczeństwa i swoich własnych możliwości, które już poznałam.

Luty 2018
Marsa Alam, Egipt

 

2 komentarze

  1. Cudnie! Ja też uwielbiam rafę! To dobrze, że napisałaś o tym jak ważne jest sprawdzanie sprzętu przed zejściem pod wodę.Niestety po pewnej przygodzie wynikającej z zaniedbania jakoś nie mogę wrócić do nurkowania z butlą, ale z zestawem abc też można się zatracić w wielkim błękicie…

    1. Cieszę się, że podobał Ci się wpis:)
      Snurkowanie jest mega – dzięki braku sprzętu można być bliżej natury wody i własnej :)

Dodaj komentarz