“The Order”, czyli Bractwo Błękitnej Róży vs. Rycerze Świętego Krzysztofa

Uwielbiam seriale, filmy, książki, w których pojawia się magia i nadprzyrodzone istoty. Kiedy więc na Netflixie pojawił się nowy serial, którego opis głosił, że główny bohater wplątuje się w wojnę pomiędzy wilkołakami a adeptami czarnej magii, wiedziałam, że muszę go obejrzeć. Czy były to mile spędzone godziny przed telewizorem? Tak, chociaż serial ten nie jest bez wad.

Uwaga – mogą pojawić się spoilery.

Głównym bohaterem jest świeżo upieczony student Uniwersytetu Belgrave – Jack Morton. Jego priorytetem jest dostanie się do Tajemnego Bractwa Błękitnej Róży i dotarcie do Edvarda Coventry’ego, który jest jego ojcem. Jack nie planuje jednak rodzinnego pojednania z tatusiem, a wręcz przeciwnie. Pragnie zemsty, gdyż to Coventry jest odpowiedzialny za śmierć jego matki. Jak się domyślacie, młodemu Mortonowi udaje się zostać członkiem Bractwa, a na samego Coventry’ego trafia dosyć szybko. Zdawałoby się nic już nie będzie mu stało na przeszkodzie w zmierzeniu się ze znienawidzonym ojcem, jednak na jego drodze pojawią się Rycerze Świętego Krzysztofa, czyli wilkołaki. Oczywiście wszystko staje się bardziej skomplikowane, a sam Jack musi dokonać trudnych wyborów i zdecydować, po której jest stronie.

Pomysł na fabułę początkowo skojarzył mi się z grą na ps4 “The Order 1866”, w której tajemne bractwo Rycerzy walczy z wilkołakami i wampirami. Co prawda, tam akcja dzieje się w steampunkowym XIX-wiecznym Londynie, ale pomysł zwalczania złowrogich sił przez sekretne stowarzyszenie jest trochę podobny. W obu przypadkach “zwykli” ludzie nie mają pojęcia, że po ich ulicach hasają nadprzyrodzone istoty, które ktoś musi trzymać w ryzach…

“The Order” to mieszanka fantasy, horroru i studenckiej dramy. Mamy tu magię, która zawsze niesie za sobą jakiś koszt, dwa tajne stowarzyszenia, które się nawzajem zwalczają, garść niełatwych relacji pomiędzy młodymi członkami Bractwa i Rycerzami i oczywiście wątek miłosny. Zakochana w sobie dwójka ludzi znajduje się po przeciwnych stronach barykady – czy ich uczucie przetrwa? Czy będą w stanie razem współpracować dla wyższego dobra…?

Skoro jesteśmy już przy bohaterach, to zostali oni wykreowani nawet całkiem ciekawie, chociaż niektórzy są dosyć sztampowi (jak np. Gabrielle, czy też Kyle), a część dialogów po prostu czerstwa. Interesująca jest różnica pomiędzy Jackiem, a Allysą. On niepokorny, kierujący się sercem, trochę niegrzeczny, z niełatwym dzieciństwem bez matki. Ona prymuska, bardzo zdolna i oddana, wypełnia polecenia Wielkiego Maga i mocno wierzy, że Bractwo ma dobre cele. Stworzyli nienajgorszy duet.

Muszę przyznać, że po pierwszym odcinku nie wiedziałam, czy zacznę oglądać kolejny. Coś mi nie pasowało. Akcja, fabuła były jakieś płaskie. Nie do końca byłam w stanie wczuć się w klimat. No i postać dziadka Jacka… Od samego początku nie wzbudził on we mnie pozytywnych emocji. Pete Morton ma jeden cel – zabić Edvarda Coventry’ego, nieważne jakim kosztem. Tak mocno skupił się na tym, że Jack ma za wszelką cenę dostać się do bractwa i dokonać zemsty, że chwilami miałam wrażenie, że zagubił zdroworozsądkowe spojrzenie na całą sprawę, a przecież chodziło o jego wnuka i jego życie! Jakby to, co stanie się z Jackiem nie miało znaczenia, a najważniejsze było to, aby pomścić córkę… No nie, słabe to trochę. A wydawałoby się dziadek, jako starszy, doświadczony człowiek powinien racjonalniej oceniać sytuację, a tutaj wręcz przeciwnie – Jack wiele razy wykazywał się większą dojrzałością i opanowaniem. Niektóre wątki były według mnie odrobinę niedorobione, a niektóre trochę głupie i chyba zbędne, bo nic później za nimi nie szło. Mam na myśli np. kwestię trafienia Randalla na eksperymenty. Poświęcony temu został cały jeden odcinek, by potem już nie wracać do tematu eksperymentów. Albo wątek z siostrą Renee. Najpierw jawi nam się jako bardzo potężna magiczka skupiona na swoim celu odzyskania nekrofonu, by nagle uciec i więcej się nie pojawić, kiedy pojawia się wilkołak… To był jeden z ciekawszych motywów w serialu, a gdzieś się rozmył.

Ogółem zaliczam ten serial do kategorii “obejrzane, zapomniane”. Sporo rzeczy po prostu się w nim nie kleiło, a szkoda, bo wydaje mi się, że “The Order” miał potencjał. Podobało mi się funkcjonowanie, struktura i hierarchia w Bractwie Błękitnej Róży. Sposób działania i przemiany Rycerzy Świętego Krzysztofa także mnie zaciekawił i wprowadził coś świeżego, nowego. Było to jednak trochę za mało. Finał sezonu mnie zasmucił, ale też i trochę zaskoczył, bo niby te wilkołaki takie silne, same się regenerują i ogółem niełatwo je zabić, a tu się okazuje, że wystarczy odrobina proszku zapomnienia i wszyscy Rycerze Świętego Krzysztofa nie wiedzą nawet jak się nazywają… :o Coś mi tu nie gra. Takie zakończenie jest jednak dobre dla twórców – pozostawia otwartą drogę do zrobienia drugiego sezonu, ale też może zamykać historię. Wiadomo jednak, że o “The Order” jeszcze usłyszymy, gdyż Netflix ogłosił już, że powstanie kontynuacja. Data premiery nie jest jeszcze znana.

 

Dodaj komentarz