Artykuł Film „Kolejne 365 dni”, czyli dwugodzinny teledysk – recenzja pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Uwaga – recenzja zawiera spoilery.
„Kolejne 365 dni” koncentruje się na Laurze i jej sercowych rozterkach – czy pozostać ze swoim mężem Massimo, czy porzucić go i związać się z wrażliwym Nacho, którego poznaliśmy w drugiej części. Dla przypomnienia – Nacho jako ogrodnik najął się w rezydencji Toricellich. Kiedy Laura sądzi, że przyłapała Massimo na zdradzie z ex (w rzeczywistości był to podstęp ex i brata bliźniaka Massimo), ucieka z Nacho w jego rodzinne strony. W finałowej scenie drugiej części, Laura zostaje postrzelona przez podstępną ex Massima i film się na tym kończy.

Trzecia część rozpoczyna się od zawarcia przez mafię Massima i ojca Nacho rozejmu. Następnie przechodzimy do Laury, która jest znudzona opieką (zły Massimo nie chce uprawiać z nią seksu, ponieważ lekarz powiedział, że upłynęło zbyt mało czasu od postrzału) i zamartwianiem się bliskich o jej stan po postrzale. Robi to w tak irytujący sposób, że od razu przypomniałam sobie, jak bardzo mnie denerwowała ta postać w poprzednich częściach.

Reszta filmu to właściwie sercowe rozterki Laury dotyczące tego, kogo wybrać – Massima czy Nacho oraz sceny seksu z Massimo przeplatane z fantazjami erotycznymi na temat Nacho, a nawet trójkąta z dwoma panami. Na koniec Laura musi dokonać wyboru – czy wraca do Massimo, czy odchodzi i wiąże się z Nacho.

Mimo, że w książce finalnie to Laura i Nacho mają swój happy end, w filmie zrobiono to inaczej. Być może podyktowane to było tym, że wiele czytelniczek było ogromnie rozgoryczonych tym, co się stało z Massimo i jak jeszcze większym brutalem się okazał i postanowiono w filmie przedstawić to inaczej. A może nie jest to jeszcze ostatnie słowo, jeśli chodzi o ekranizację „365 dni”? Po piątkowej premierze recenzentów ogarnęła panika, że może jednak niedługo Blanka Lipińska i Barbara Białowąs uświadczą nas czwartą częścią tej historii. Chociaż właściwie jak jesteśmy już przy Pani Reżyser – Barbarze Białowąs, to mam wrażenie, że ona lubuje się w takich niedopowiedzianych zakończeniach i mało logicznych fabułach, więc „Kolejne 365 dni” pasowałoby do niej.

Niestety gra aktorska pozostawia sporo do życzenia. Laura jest tak zmanierowana, że aż ciężko na nią patrzeć. Massimo od pierwszej części ma identyczny wyraz twarzy. Wcześniej Olga jakby ratowała całość, ale w „Kolejnych 365 dniach” jest niesamowicie krzykliwa i non stop pije. Dopiero pod koniec wraca na bardziej racjonalne tory…

Widać znaczącą różnicę pomiędzy „365 dniami”, a „Tym dniem” i „Kolejnymi 365 dniami”, za które odpowiedzialny jest Netflix. Moim zdaniem przejęcie produkcji przez Netflixa nie wpłynęło dobrze na tę serię. Otrzymaliśmy właściwie dwa dwugodzinne teledyski. Dialogów jest tyle, co kot napłakał, a jak już się jakieś pojawiają są po prostu drętwe. Sceny seksu wzbudzały większe zainteresowanie w pierwszej części, być może dlatego, że to było coś ciut innego, nowego? Teraz wyczuwam „zmęczenie materiału”. No cóż, ten film po prostu nie jest dobry. Ma dość przyjemną dla ucha ścieżkę dźwiękową, piękne krajobrazy, ładne kostiumy i samochody, ale brak logiki i drewniana gra aktorska rujnują wszystko.

Chciałabym móc napisać, że to film o tym, jak tajemnice w związku go niszczą. Laura ukryła przed Massimo utraconą ciążę, Massimo przed Laurą to, że ma złowieszczego brata bliźniaka. No, ale nie. To film o bzykaniu, maczyźmie, pijaństwie, imprezowaniu i fantazjach erotycznych Laury… Nie ma właściwie dialogów, jakiegoś przekazu. To naprawdę kiepski film i o ile pierwszą część może i można obejrzeć z ciekawości, to kolejne dwie są stratą czasu.
Jestem mamą Krzysia i Zuzi oraz żoną Darka. Uwielbiam książki fantasy, postapo, seriale Netflixa i Outlandera. W wolnych chwilach lubię pograć na konsoli lub w jakąś planszówkę (Agricola <3). Praktykuję jogę.
Artykuł Film „Kolejne 365 dni”, czyli dwugodzinny teledysk – recenzja pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Artykuł 365 dni. Ten dzień – recenzja filmu na podstawie książki Blanki Lipińskiej pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Głównymi bohaterami historii Blanki Lipińskiej są Laura Biel i Massimo Toricelli. Dla przypomnienia – Massimo porwał Laurę i dał jej 365 dni na pokochanie go. Początkowo Laura próbuje uciec i opiera się przystojnemu mafiozowi, jednak z czasem ulega jego urokowi osobistemu i zakochuje się. Chciałoby się powiedzieć, że żyli długo i szczęśliwie, jednak „365 dni” kończy się cliffhangerem – widzimy, że samochód z Laurą w środku ulega wypadkowi.

„365 dni. Ten dzień” zaczyna się w dniu ślubu Laury i Massimo. To nic, że pierwsza część zakończyła się wypadkiem Laury, o którym wspomniano może dwa słowa. Tak po prostu, gładko przechodzimy do wesela. Potem mamy podróż poślubną przepełnioną seksem. Jedna ze scen erotycznych igraszek na polu golfowym stała się nawet memem.

Później nowożeńcy wracają do domu na Sycylię i okazuje się, że Laurze nie do końca odpowiada codzienność z Massimo. Czuje się pomijana i zaniedbana przez męża. No i wtedy wkracza Nacho, który jako ogrodnik (sic!) przedziera się do rezydencji rodziny Toricelli. Nikt z mafijnej świty Massimo nie poznaje, że Nacho to syn bossa innej mafii. Co ciekawe, Laura po właściwie jednym flircie decyduje się uciec z nim z Sycylii, kiedy wydaje jej się, że Massimo ją zdradził. Nie, nie próbuje porozmawiać z mężem, po prostu wyrzuca telefon w przepaść i jedzie z obcym facetem – swoim ogrodnikiem – do jego domu. Oczywiście Nacho i Laura czują do siebie miętę i dość szybko konsumują relację.

To, co trzeba „365 dniom” oddać to zdecydowanie przepiękne widoki i ujęcia. Sycylia została przedstawiona naprawdę wspaniale. Pod kątem wizualnym „365 dni” jest bardzo przyjemne. Scenografia jest dopracowana, stroje dobrze dobrane i całość naprawdę prezentuje się estetycznie ładnie.

Szkoda, że wszystko to zestawione jest z drętwymi dialogami, brakiem logiki i spójności i koszmarnym pomysłem na fabułę. Niestety w całym filmie brakuje jakiegoś logicznego ciągu przyczynowo-skutkowego. To po prostu nie trzyma się kupy. Przez większość filmu miałam w głowie jedno „WTF?!”. Brakowało jakiegoś podłoża, czegoś, co by sprawiło, że widz podczas oglądania nie zastanawia się, jak bardzo jest to nierealne, bezpodstawne to, co się wydarzyło.

I o ile „365 dni” można by spróbować określić rodzajem masochistycznego guilty pleasure, to jej kontynuacja to jest w ogóle jakieś totalne nieporozumienie. Większość filmu nakręcona została jak teledysk – mamy np. zlepek różnych scen z podróży poślubnej z podłożoną muzyką. Dialogi po prostu leżą i kwiczą.
Powiedzmy, że pierwsza część miała bardzo skąpą, ale mimo wszystko jakąś fabułę, jakiś pomysł, to tutaj wszystko jest jakieś takie… głupie, jakby dokładane na prędce, aby coś po prostu się działo. Mamy sielankę, ale trzeba dodać jakieś komplikacje, no i bach – pojawia się nowy czarny charakter. Oczywiście wszystko kręci się wokół Laury – zarówno Nacho, jak i Massimo są w niej zakochani. Wrogowie Massima celują w Laurę, bo wiedzą, że to słabość mafioza. Laura, Laura, Laura ;)

Z jednej strony rozumiem popularność serii „365 dni”. To film erotyczny z pięknymi ludźmi, pięknymi krajobrazami, muzyką. Seks zawsze dobrze się sprzedawał. Dokładając do tego przystojnego mafioza, motyw kopciuszka, który zdobył serce przystojnego, sycylijskiego bossa oraz zniewolenie, które jest fantazją erotyczną części kobiet, mamy hitowy film. Z drugiej jednak strony niezmiernie mnie dziwi, jak tak nielogiczna, uboga historia z drętwymi dialogami, może podbić serca tak wielu ludzi. Do tego jest to seria, która jest najzwyczajniej w świecie szkodliwa, gdyż normalizuje przemoc seksualną, zniewolenie i przymus. Mimo, że w drugiej części twórcy od tego odeszli, nie zmienia to faktu, że pojawiło się w pierwszej i rzutuje na całą serię.
Jak dla mnie „365 dni. Ten dzień” to film nie warty uwagi. Brakuje mu logiki w zdarzeniach, składnych dialogów i po prostu sensownej fabuły.
Jestem mamą Krzysia i Zuzi oraz żoną Darka. Uwielbiam książki fantasy, postapo, seriale Netflixa i Outlandera. W wolnych chwilach lubię pograć na konsoli lub w jakąś planszówkę (Agricola <3). Praktykuję jogę.
Artykuł 365 dni. Ten dzień – recenzja filmu na podstawie książki Blanki Lipińskiej pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>