Artykuł Moje TOP 5 kremów z filtrem SPF 50 pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>
Krem z filtrem Frudia to był dla mnie totalny game changer. Kremy z wysoką ochroną przeciwsłoneczną kojarzyły mi się z gęstą, ciężką konsystencją, bieleniem i specyficznym zapachem (taki był mój pierwszy SPF do twarzy – Sunbrella – źle go wspominam). Gdy moje ręce trafił filtr Frudia, totalnie odmienił moje postrzeganie tego rodzaju kosmetyków.
Ma świetną, lekką formułę. Nie bieli, nie tłuści i pięknie pachnie. Do tego zapewnia najwyższą ochronę przed UVA: PA++++ oraz UVB: SPF50+. Krem ten niestety zawiera glikole i Disodium EDTA, których staram się unikać, ale w przypadku kremu z filtrem bardziej zwracam uwagę na to, czy dobrze mi się go używa. Ma za to garść świetnych składników pielęgnacyjnych, takich jak niacynamid, olej z pestek moreli, z pestek winogron, kwas hialuronowy, czy też dobroczynne esktrakty. Dodatkowo Frudia ma przystępną cenę. Ostatni raz, jak ją kupowałam, płaciłam jedyne 27,50zł.
Niestety obecnie jest trudno dostępny, ale być może ponownie trafi na sklepowe półki. Ja się cieszę, że mam jeszcze jedno opakowanie w zapasie :)
Tutaj —> pełna recenzja kremu z filtrem Frudia SPF50.

Kolejny krem z filtrem SPF50, którzy należy do moich ulubieńców to nowość od marki Nivea z serii Luminous. To niezwykle lekki krem, który świetnie się sprawdzi przy cerze mieszanej, tłustej, skłonnej do niedoskonałości. Czasami jest dla mnie aż za lekki i potrzebuję dodatkowego nawilżenia, zanim zamknę nim pielęgnację.
Poza filtrami przeciwsłonecznymi Nivea Luminous zawiera tiamazol, dzięki czemu skutecznie zmniejsza przebarwienia. Do tego mamy tapiokę, która matuje skórę oraz witaminę E, nawilżający kwas hialuronowy i glicerynę. Regularna cena kremu Nivea Luminous to 79,99zł, jednak można trafić za promocję i wtedy jest to koszt w okolicach 50-60zł. Jest dostępny w Rossmannie, Hebe, Naturze, SuperPharm.
Tutaj –> pełna recenzja kremu z filtrem SPF50 Nivea Luminous

Następnym wartym uwagi kremem SPF50 jest Asoa z filtrem chemicznym. Mają jeszcze wersję z filtrami mineralnymi, ale jest on trochę cięższy w aplikacji. Za to ten z filtrami chemicznymi nie dość, że zapewnia najwyższą ochronę przeciwsłoneczną SPF50+ i PA++++, to zawiera jeszcze ekstrakt z wąkroty azjatyckiej, kwas hialuronowy i niacynamid.
Krem Asoa jest rzeczywiście ultralekki i fajnie nawilżający. Podobnie jednak jak w przypadku Nivea Luminous to nawilżenie jest dla mnie czasem zbyt małe i muszę pod spód nałożyć treściwszy krem. Ta lekkość będzie jednak super dla osób z cerą, która mocniej się przetłuszcza i wymaga naprawdę nieobciążającego kosmetyku.
Krem Asoa należy do droższych SPFów. Na stronie marki jest w cenie 98zł. Ja jednak swój kupiłam sporo taniej w Drogerii Pigment. Jeśli chodzi o dostępność, to trzeba go raczej szukać w interentowych drogeriach i na Allegro, chociaż można kupić również w Douglasie online. Nie wiem, jednak, czy występuje w Douglasie stacjonarnie.
Tutaj –> pełna recenzja kremu z filtrem chemicznym Asoa SPF50 PA++++

Przedostatnim kremem z filtrem, który bardzo lubię jest ten z Cosrx z aloesem. Zapewnia najwyższą ochronę przed promieniowaniem UVB – na poziomie SPF50+ i wysoką ochronę przed UVA – PA+++. Krem zamknięty jest w wygodnej tubce o pojemności 50ml. Koszt tego kremu z filtrem to około 60-70zł. Dostępny jest raczej internetowo.
Krem Cosrx ma delikatny, przyjemny zapach. Konsystencja jest taka jak lubię – nie jest ani zbyt gęsty, ani lejący się. Skóra po jego użyciu jest gładka, miękka i jakby ukojona. Fajnie nadaje się pod makijaż i dobrze współgra z podkładem. Nie tłuści i nie bieli.
W składzie mamy m.in. łagodzący wyciąg z aloesu, witaminę E i nawilżającą glicerynę. Nie jest to jednak skład naturalny, gdyż zawiera np. Disodium EDTA, czy też glikole.

No i na koniec pozostał nam krem – żel od Skin79. Niezwykle lekki, idealny dla cer przetłuszczających się. Zapewnia najwyższą ochronę przeciw UVA i UVB. W składzie poza filtrami mamy kilka składników pieklęgnujących takich jak przeciwzapalny i łagodzący ekstrakt z wąkroty azjatyckiej, odżywczy wyciąg z pstrolistki sercowatej oraz nawilżający wyciąg z nasion chia.
Krem SPF50 ze Skin79 pozostawia lekką, błyszczącą warstewkę, którą łatwo przykryć pudrem. Jest niesamowicie lekki i bardzo szybko się wchłania. Czasami potrzebuję nałożyć pod niego dodatkową warstwę nawilżenia w postacie serum lub kremu na noc. SPF od Skin79 świetnie współgra z podkładkami i pudrami. Dobrze nadaje się pod makijaż.
Koszt kremu z filtrem do Skin79 to 69zł za 50ml. Można go jednak złapać na fajnej promocji. Mi się raz udało go kupić nawet za 40zł. To naprawdę świetna cena, jak za taką ochronę przeciwsłoneczną i komfort używania.

Korzystaliście z tych kremów z filtrem? Czy może macie jakiś inny, ciekawy krem do polecenia?
Wszystkie kremy z filtrem, jakie przetestowałam i o nich napisałam znajdziecie pod tym linkiem: Kremy z filtrem SPF50
Na mojej liście do testów jest jeszcze kilka ciekawych opcji, m.in. emulsja od Basiclab, czy też satynowy krem z Bielendy. Jak tylko będę po testach, podzielę się swoją opinią :)
Jestem mamą Krzysia i Zuzi oraz żoną Darka. Uwielbiam książki fantasy, postapo, seriale Netflixa i Outlandera. W wolnych chwilach lubię pograć na konsoli lub w jakąś planszówkę (Agricola <3). Praktykuję jogę.
Artykuł Moje TOP 5 kremów z filtrem SPF 50 pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Artykuł Nowy krem z filtrem od Lirene – Oh, just peachy! SPF 30 pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Ochrona przeciwsłoneczna w Peachy SPFie oparta jest na stabilnych filtrach chemicznych: Octisalate, Uvinul A Plus, Tinosorb S, Bemotrizinol. Poza działaniem ochronnym przed promieniowaniem, krem Lirene ma również właściwości pielęgnacyjne, a to dzięki kilku naprawdę ciekawym, dobroczynnym składnikom.

Lekki krem SPF 30 od Lirene zawiera olej z pestek brzoskwini, który przyjemnie wygładza i zmiękcza skórę. Jest źródłem nienasyconych kwasów tłuszczowych, które działają antyoksydacyjnie. Polecany jest dla cery wrażliwej. Kolejnym olejem w składzie jest olej z pestek słonecznika, który dobrze współgra z każdym typem cery. Ma działanie nawilżające i ochronne.

Z ciekawszych składników w SPFie od Lirene mamy również ceramidy, które zwane są cementem międzykomórkowym, ponieważ chronią przed ucieczką wody z naskórka i tworzą barierę ochronną. Godne uwagi są również resweratol o działaniu przeciwstarzeniowym, niacynamid, który reguluje pracę gruczołów łojowych i skutecznie wyrównuje koloryt skóry oraz nawilżającą argininę. Całość wzbogacona jest witaminą C w formie Ascrobic Acid, która dobrze współgra z filtrami przeciwsłonecznymi, podbijając ich działanie, a do tego działa przeciwzapalnie i redukuje przebarwienia. Uważam, że witamina C to naprawdę świetny składnik i cieszę się, jak trafia do kosmetyków.

W składzie znalazły się również wyciągi:
Krem zawiera glikole (Butylene Glycol, Propylene Glycol) oraz PEG, jeśli więc unikasz tych składników, to nie będzie to krem dla Ciebie.

Aqua (Water), Glycerin, C12-15 Alkyl Benzoate, Dibutyl Adipate, Ethylhexyl Salicylate, Butylene Glycol, Diethylamino Hydroxybenzoyl Hexyl Benzoate, Potassium Cetyl Phosphate, Propanediol, Alcohol Denat., Methylene Bis-Benzotriazolyl Tetramethylbutylphenol (nano), Pentylene Glycol, Bis-Ethylhexyloxyphenol Methoxyphenyl Triazine, Acrylates/C12-22 Alkyl Methacrylate Copolymer, Cetyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Niacinamide, Glycine Soja (Soybean) Seed Extract, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Fruit Extract, Zinc PCA, Ceramide NG, 3-O-Ethyl Ascorbic Acid, Lecithin, Lonicera Caprifolium Flower Extract, Lonicera Japonica Flower Extract, Resveratrol, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Dimethicone, Prunus Persica (Peach) Kernel Oil, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, PEG-240/HDI Copolymer Bis-Decyltetradeceth-20 Ether, Hydroxyacetophenone, Decyl Glucoside, Arginine, Xanthan Gum, Coco-Glucoside, Disodium Lauryl Sulfosuccinate, Propylene Glycol, Tocopherol, Potassium Laurate, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Benzoic Acid, Parfum (Fragrance), CI 19140 (FD&C Yellow No. 5), CI 16035 (FD&C Red No. 40)

Moje wrażenia ze stosowania kremu z filtrem SPF 30 od Lirene są bardzo dobre. Krem jest rzeczywiście lekki, przyjemny w konsystencji i łatwo się rozprowadza. Pozostawia skórę przyjemnie nawilżoną, miękką i gładką. Na początku czuć pewien delikatny film na skórze, jednak nie jest on uciążliwy i szybko się wchłania. Co jest bardzo ważne w przypadku kremów z filtrem, Lirene Peachy SPF nie bieli, dzięki zawartości filtrów chemicznych i nie tłuści, a jednocześnie ma fajne właściwości pielęgnacyjne. To super, że trafiły do niego składniki takie jak olej z pestek brzoskwiń, ceramidy, niacynamid, resweratol, witamina C oraz wyciągi.

Krem na jasnopomarańczowy kolor i delikatny, brzoskwiniowy zapach. Nie jest on absolutnie nachalny. Wręcz przeciwnie. Spodziewałam się, że będzie intensywniejszy ze względu na to, że to brzoskwinia gra główną rolę w komunikacji serii, a jest jak dla mnie małowyczuwalny. Nie przeszkadza mi to, mimo, że lubię pachnące kosmetyki. Krem ma również wygodne opakowanie – tubkę. Co ważne nie wkładamy palców do słoiczka i nie zanieczyszczamy w ten sposób kosmetyku. Tubka jest naprawdę komfortowa w użytkowaniu.

Jeśli chodzi o to, jak krem Lirene Peachy SPF 30 sprawuje się z makijażem, to tu też jest naprawdę dobrze. Już po niedługim czasie od nałożenia kremu można przystąpić do nakładania makijażu. Nic się nie roluje, nie tłuści. Make up wygląda naprawę ładnie. Jestem zadowolona z uzyskanego efektu.

Dodatkową zaletą SPFu od Lirene jest jego cena. Sugerowana przez markę to 29,99zł za 50ml, ale można go znaleźć w Internecie taniej nawet za 21-25zł. Nie ma więc tu wymówek, aby nie stosować kremu z filtrem z powodu wysokiej ceny. To jest krem, który fajnie nadaje się pod makijaż, ma dobrą dostępność (w SuperPharm, w Rossmanie, w Hebe, na Allegro) i przystępną cenę.

Lekki krem nawilżający SPF 30 Oh, just so peachy! od Lirene jest naprawdę fajną opcją, jeśli chodzi o ochronę przeciwsłoneczną. Jest rzeczywiście lekki, dobrze współgra z makijażem. Do tego jest łatwo dostępny i stacjonarnie i internetowo i ma przystępną cenę. Jeśli jeszcze się wahasz, czy zacząć korzystać z kremu z filtrem na co dzień, to myślę, że ten Peachy SPF powinien skutecznie Cię przekonać. Ja zdecydowanie go polecam :)
Jestem mamą Krzysia i Zuzi oraz żoną Darka. Uwielbiam książki fantasy, postapo, seriale Netflixa i Outlandera. W wolnych chwilach lubię pograć na konsoli lub w jakąś planszówkę (Agricola <3). Praktykuję jogę.
Artykuł Nowy krem z filtrem od Lirene – Oh, just peachy! SPF 30 pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Artykuł Anty Tarka – naturalny krem do stóp pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Na pierwszym miejscu w składzie kremu Anty Tarka mamy mocznik i to w stężeniu 30%, dzięki któremu poza nawilżeniem i zmiękczeniem skóry, również ją złuszcza. Mocznik jest bardzo popularnym składników kosmetyków do stóp, gdyż działa naprawdę fajnie na skórę w tym miejscu.

Dalej w składzie mamy moc odżywczych, regenerujących składników. Olej kokosowy świetnie pielęgnuje skórę suchą, szorstką. Wspaniale zmiękcza i nawilża. Lanolina, czyli sebum owiec, zmiękcza i zabezpiecza skórę. Gliceryna i alkohol cetylowy natłuszczają. Panthenol działa łagodząco na podrażnienia i wspomaga gojenie ran. Kwas mlekowy usuwa martwy naskórek, a witamina E nawilża skórę.

Skład tego kremu prezentuje się naprawdę dobrze. Nie ma tutaj jakichś zbędnych polepszaczy. Wszystko jest przemyślane i ukierunkowane na maksymalne nawilżenie zregenerowanie skóry stóp.
Urea, Aqua, Cocos Nucifera Oil, Lanolin, Glycerin, Cetyl Alcohol, Sodium Lactate, Cetearyl Olivate, Sorbitan Olivate, Triacetin, Panthenol, Mentha Piperita Oil, Tocopheryl Acetate, Lactic Acid, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Limonene, Linalool.

Krem Anty tarka zamknięty jest w szklanym słoiczku o pojemności 50ml. Wystarczy to jednak na dłuższy czas stosowania, gdyż krem ten jest bardzo wydajny. Konsystencja Anty tarki jest dość zbita, gęsta, ale sam krem jest aksamitny i gładki w dotyku. Zapach jest miętowy za sprawą olejku eterycznego z mięty pieprzowej.

Doskonale rozprowadza się go po skórze stóp i bardzo dobrze się wchłania. Już po użyciu czuć przyjemną miękkość i gładkość. Używanie tego kremu jest naprawdę wygodne. Po nałożeniu go na stopy można wytrzeć dłonie w chusteczkę i spokojnie poczekać aż się wchłonie, czytając książkę, czy też przeglądając coś na smartfonie. Po dłuższym czasie stosowaniu uzyskujemy naprawdę super miękką skórę na stopach. Jest świetnie nawilżona i odżywiona. Jestem bardzo zadowolona!

Krem do stóp Anty Tarka marki Opcja Natura można zakupić w Internecie. Cena za 50ml to 29,90zł. W tej cenie otrzymujemy skuteczną kurację na suche i popękane pięty o fajnym, naturalnym składzie. Moim zdaniem naprawdę warto.
Korzystanie z pumeksu nie jest korzystne dla skóry naszych stóp, gdyż jest to działanie zbyt mocne. Możemy w ten sposób uszkodzić naskórek, a nadmiernie go ścierając, powodujemy zwiększenie narastania. Podobnie lepiej nie korzystać ze skarpet złuszczających, które zakłada się na noc. Mogą po nich wystąpić podrażnienia zwłaszcza w tych delikatniejszych miejscach na stopach, np. między palcami. Przecież tam raczej nie mamy zrogowaciałej skóry, a taka skarpetkach działa na całą powierzchnię. Poza tym mam wrażenie, że efekt jest jednak krótkotrwały.

Najlepiej zadbać o odpowiednie nawilżenie skóry. Warto po każdej kąpieli posmarować stopy odpowiednim kremem przeznaczonym do ich pielęgnacji. Anty Tarka świetnie się do tego nadaje :) Zawiera dobroczynne składniki takie jak lanolina, mocznik, panthenol, gliceryna… Do tego warto poświęcić chwilę i wmasować krem w stopy (albo poprosić o taki krótki masaż partnera :) ). Nie dość, że jest to po prostu przyjemne, to dodatkowo poprawiamy krążenie.
Jestem mamą Krzysia i Zuzi oraz żoną Darka. Uwielbiam książki fantasy, postapo, seriale Netflixa i Outlandera. W wolnych chwilach lubię pograć na konsoli lub w jakąś planszówkę (Agricola <3). Praktykuję jogę.
Artykuł Anty Tarka – naturalny krem do stóp pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Artykuł Anwen Grow me tender Ziołowa wcierka rozgrzewająca – na ratunek wypadającym włosom pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>W składzie mamy szereg składników, które wpływają na zmniejszenie wypadania włosów i wzmocnienie oraz pobudzenie cebulek do szybszego wzrostu. Są to ekstrakty z:

Dodatkowo w składzie wcierki Anwen mamy wzmacniające aminokwasy oraz biotynę, zwaną witaminą piękna, która wspaniale wpływa na kondycję włosów. Niacynamid oraz cynk regulują wydzielanie sebum i wspierają walkę z łupieżem, a także nadmiernym wypadaniem. Panthenol łagodzi podrażnienia. Całość wzbogacona jest olejkiem miętowym o działaniu rozgrzewającym, odświeżającym i antybakteryjnym oraz rozgrzewający HotFlux®.
Widać, że skład wcierki jest dobrze przemyślany i zawiera naprawdę ogrom dobroczynnych dla włosów składników.
Aqua, Polysorbate 20, Trigonella Foenum-Graecum Seed Extract, Raphanus Sativus Root Extract, Hydrolyzed Soy Protein, Propanediol, Glycerin, Panthenol, Zinc PCA, Glucose, Ornithine HCL, Niacinamide, Arginine HCL, Panax Ginseng Root Extract, Citrulline, Glucosamine HCL, Pyridoxine HCL, Allium Cepa Bulb Extract, Biotin, Vanillyl Butyl Ether, Mentha Arvensis Leaf Oil, Polyquaternium-11, Propylene Glycol, Sodium Hydroxide, Salicylic Acid, Sorbic Acid, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Benzoic Acid, Parfum, Benzyl Alcohol, Limonene, Linalool.

Wcierkę Anwen stosuje się codziennie lub przed planowanym mycie głowy (ja tak robiłam). Należy podzielić włosy na sekcje i nałożyć wcierkę bezpośrednio na skórę głowy. Aplikacja jest wygodna, dzięki dobremu rozpylaczowi. Po spryskaniu skóry wcierką, należy pozostawić ją na co najmniej 2 godziny, a najlepiej na całą noc. Od razu czuć delikatne mrowienie i rozgrzanie skóry. Wiem, że dla części osób może to być trochę nieprzyjemne uczucie. Mi jednak w ogóle nie przeszkadzało, a nawet stwarzało takie poczucie, że coś się na tej skórze głowy dzieje i na pewno teraz to już włosy będą rosły jak szalone ;) Co więcej takie uczucie mrowienia było czuć intensywniej na początku kuracji. Z każdym dniem było to mniej odczuwalne.

Wcierkę Anwen stosuję od czterech miesięcy i muszę powiedzieć, że jestem bardzo zadowolona. Na mojej głowie pojawiło się mnóstwo baby hairów, a wierzcie mi, było sporo do odrośnięcia, gdyż po ciąży standardowo wypadło mi mnóstwo włosów.
Aplikacja wcierki Anwen jest bardzo komfortowa. Wygodniejsza niż np. wcierka Vianek, którą kiedyś miałam. Buteleczka Grow me tender ma bardzo dobry spray, dzięki któremu bezproblemowo nakłada się produkt na skórę głowy. Uczucie mrowienia czuć tylko na początku. Producent uprzedza, że może utrzymywać się do godziny, jednak u mnie było o wiele, wiele krócej. Do tego im dłużej stosowałam wcierkę, tym mniej odczuwalne było mrowienie i rozgrzanie.

Wcierka ziołowa Anwen ma przepiękny, świeży, miętowy zapach. Stosowanie jej to sama przyjemność. Niby liczy się przede wszystkim działanie, ale ja bardzo lubię, jak produkt ma ładny zapach i jest wygodny w aplikacji. Wcierka Grow me tender taka właśnie jest – skuteczna, komfortowa i przyjemnie pachnąca.
Ze swojej strony zdecydowanie mogę polecić wcierkę do włosów Anwen Grow me tender jako wsparcie przeciw wypadaniu włosów i pobudzeniu ich do wzrostu. Pamiętaj jednak, że jeśli masz utrzymujący się problem wypadania włosów, warto jest poradzić się specjalisty trychologa i zrobić badania, aby znaleźć przyczynę takiego stanu rzeczy.
Jestem mamą Krzysia i Zuzi oraz żoną Darka. Uwielbiam książki fantasy, postapo, seriale Netflixa i Outlandera. W wolnych chwilach lubię pograć na konsoli lub w jakąś planszówkę (Agricola <3). Praktykuję jogę.
Artykuł Anwen Grow me tender Ziołowa wcierka rozgrzewająca – na ratunek wypadającym włosom pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Artykuł GoodieBox – Nowy Beauty Box w Polsce pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Pierwszym produktem w GoodieBoxie jest serum z witaminą C z Ecooking. Bardzo lubię kosmetyki z witaminą C i widzę, że dobrze działają na moją skórę.

W serum Ecooking zastosowano pochodną witaminy C – glukozyd askorbylu. Jest to składnik polecany dla skóry w każdym wieku. Działa rozjaśniająco i przeciwstarzeniowo. Do tego wzmacnia naczynia krwionośne oraz redukuje zmarszczki.
W składzie mamy również hydrolat z aloesu, wyciąg z aloesu, kwas hialuronowy oraz wyciąg z alg. Jest to więc serum nie tylko przeciwstarzeniowe i rozjaśniające, ale też powinno dobrze nawilżać. Dodatkowo dzięki hydrolatowi z ogórka fajnie sprawdzi się przy cerze mieszanej, tłustej, gdyż składnik ten reguluje wydzielanie sebum.
Wersja pełnowymiarowa 20ml kosztuje 236zł, a do pudełka trafiła o połowę mniejsza buteleczka o wartości 118zł.
Drugim produktem z wiosennego GoodieBoxa jest miniaturka żelu oczyszczającego Elemis.

Żel ten służy zarówno do mycia twarzy, jak i usuwania makijażu. Po spotkaniu z wodą żel zmienia się w kremową pianę. Zawiera trzy kwasy: ferulowy, mlekowy i bursztynowy. Skóra po jego użycia powinna być przyjemnie nawilżona i promienista. Formułę uzupełnia roztwór multimineralny składający się z miedzi, magnezu oraz cynku, dzięki którym skóra jest odżywiona.
Chętnie wypróbuję ten żel. Jest niewielki, zamknięty w tubce – taki akurat na potestowanie albo jako podróżny. Zapowiada się ciekawie.
Produkt pełnowymiarowy 150ml kosztuje 184zł. W pudełku znalazła się tubka 30ml o wartości 56zł.
Następny produkt to luksusowy krem na noc z peptydem, który wzmacnia naturalny mikrobiom skóry i zapobiega ucieczce wody z naskórka. Do tego mamy witaminę E oraz dobroczynne oleje: z pestek moreli, z pestek winogron, jojoba.

Skład kemu wygląda ciekawie, no i zawiera peptyd, który zawsze jest mile widzianym składnikiem.
Cena detaliczna kremu to 303zł.
Do GoodieBoxa trafił również produkt do włosów. To nawilżająca maska Rescue Me z Lavish Care. Maskę należy nałożyć na wilgotne włosy, wmasować i pozostawić na 2-5 minut, a następnie obficie spłukać wodą.

W składzie maski mamy m.in. zmiękczające i wygładzające aminokwasy keratyny, olej ze słodkich migdałów (emolient) oraz z pestek winogron. Do tego mamy również witaminę E. Mimo, że nie używam zbyt wiele kosmetyków do włosów, chętnie wypróbuję tę maskę.
Cena maski to 45zł.

Kolejny produkt w GoodieBoxie to dla mnie totalny sztos. Po prostu uwielbiam wszelkiej maści masażery do skóry głowy, a ten jest naprawdę świetny. Jest cały wykonany z silikony, dzięki czemu jest miękki i baaaardzo przyjemnie masuje. Moja skóra naprawdę go uwielbia. Super nadaje się nie tylko do głowy, ale też do innych części ciała. Jestem bardzo, bardzo zadowolona z tego produktu.
Cena masażera to 90zł.
Ostatnim produktem jest miniatura tusz podkręcający rzęsy w kolorze czarnym. Zawiera prowitaminę B5 oraz serynę, dzięki czemu poza ładnym wyglądem rzęs mamy również właściwości pielęgnacyjne.

Mam już za sobą pierwsze testy tego tuszu i muszę przyznać, że jest naprawdę godny uwagi. Rzęsy są ładnie wydłużone, podkręcone i pogrubione. Jestem bardzo zadowolona z efektu. Jedyny minus to to, że jednak miniaturka nie jest zbyt wygodna w użytkowaniu. Jak dla mnie szczoteczka ma za krótki trzonek i niezbyt komfortowo nakłada się tusz na rzęsy. Poza tym jest to tusz naprawdę godny polecenia :)
Wersja pełnowymiarowa kosztuje 149zł za 8,5g. W GoodieBoxie znalazła się wersja pomniejszona o pojemności 4g o wartości 79zł.
W GoodieBoxie, który otrzymałam znalazło się sześć produktów, z czego jedna połowa to produkty pełnowymiarowe, a druga miniatury. Łączna wartość produktów w pudełku to aż 691zł! Zdecydowanie wartość tę mocno podbija krem Skon (warty 303zł), ale i bez niego wychodzi fajny stosunek ceny boxa do wartości produktów. Normalnie GoodieBox kosztuje 89,95zł, jednak ja za swój zapłaciłam połowę. Skorzystałam z promocji z okazji wejście boxa na polski rynek. Płacąc niecałe 45zł otrzymałam naprawdę wypasione kosmetyki, których raczej bym nie kupiła w ich regularnej cenie (a na pewno nie krem Skon).

Jeśli chodzi o to, jakie kosmetyki trafiły do GoodieBoxa, to również jestem zadowolona. Mamy produkty zarówno do twarzy, jak i do włosów, a do tego fajny masażer do skóry głowy. Marki, jakie trafiły do boxa, są to marki dostępne np. w Sephorze, czy też Douglasie. Mi GoodieBox skojarzył się z brytyjskim beauty boxem Look Fantastic. Dzięki niemu znam np. markę Ecooking, czy też Elemis. Na uwagę zasługuje również samo pudełko, w które spakowane były kosmetyki, bo jest naprawdę fajne. To dość solidne pudełko z wysuwaną szufladką. Na pewno będę go używać do przechowywania jakichś skarbów :)

Czy będę subskrybować GoodieBox? Odpowiem szczerze: nie wiem. Ale nie wiem, nie dlatego, że box ten nie spełnił moich oczekiwać, co to to nie :) Po prostu mam już dużo kosmetyków z różnych beauty boxów i postanowiłam trochę ograniczyć tego typu zakupy i pozostać przy jednym boxie, jakim jest Terra Botanica Box. Jeśli jednak miałabym teraz przestrzeń, możliwość i potrzebę nowych kosmetyków, to myślę, że GoodieBox jest godny uwagi. Cena jest rozsądna, kosmetyki ciekawe, a stosunek wartości produktów do ceny boxa naprawdę świetny. Jeśli będzie tak również przy kolejnych edycjach, to GoodieBox ma szansę na sukces na naszym polskim rynku :)

Jestem mamą Krzysia i Zuzi oraz żoną Darka. Uwielbiam książki fantasy, postapo, seriale Netflixa i Outlandera. W wolnych chwilach lubię pograć na konsoli lub w jakąś planszówkę (Agricola <3). Praktykuję jogę.
Artykuł GoodieBox – Nowy Beauty Box w Polsce pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Artykuł Nivea Luminous – krem przeciw przebarwieniom na dzień SPF 50 i krem na noc pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Zacznijmy od przyjrzenia się składowi kremu na dzień Nivea Luminous SPF 50. Od razu zaznaczam, że skład nie jest naturalny i zawiera np. silikon Dimethicone, glikole (Butylene Glycol), mikroplastik (Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer), Phenoxyethanol czy też alcohol denat, jeśli więc unikasz takich składników, to od razu daję znać.

Za ochronę przed promieniami odpowiada sześć filtrów chemiczne: Homosalate, Ethylhexyl salicylate, Ethylhexyl triazone (filtr nowej generacji) oraz Phenylbenzimidazole Sulfonic Acid, które chronią przed promieniami UVB oraz Butyl methoxydibenzoylmethane, który chroni przed promieniami UVA. Całość uzupełnia kolejny filtr nowej generacji, który chroni zarówno przed UVA, jak i UVB – Bis-ethylhexyloxyphenol methoxyphenyl triazine. Dzięki zastosowaniu filtrów chemicznych (organicznych) krem Nivea nie bieli skóry po nałożeniu.

W składzie kremu znalazł się Isobutylamido Thiazolyl Resorcinol, który odpowiada za redukcję przebarwień i rozjaśnienie cery. Hamuje produkcję melaniny, która wpływa na powstawanie przebarwień. Nivea nazwała go Luminous 360. Poza nim mamy też kilka składników pielęgnacyjnych takich jak Octan tokoferylu (pochodna witaminy E), nawilżający kwas hialuronowy oraz glicerynę, a także matującą tapiokę.
Tak jak pisałam na początku, skład nie jest naturalny i dla części osób jest nie do zaakceptowania. Ja mimo, że oczywiście wolę kosmetyki naturalne o dobrych składach, to w przypadku kremów z filtrem odchodzę do tego. Tutaj liczy się dla mnie przede wszystkim to, jak się tego kosmetyku używa, gdyż kremy z wysokim SPFem często są trudne w aplikacji.

Aqua, Homosalate, Butyl Methoxydibenzoylmethane, Ethylhexyl Salicylate, Ethylhexyl Triazone, Butylene Glycol, Dicaprylate/Dicaprate, Alcohol Denat., Bis-Ethylhexyloxyphenol Methoxyphenyl Triazine, Dimethicone, Silica, Phenylbenzimidazole Sulfonic Acid, Tapioca Starch, Cetearyl Alcohol, Behenyl Alcohol, Methylpropanediol, Glycerin, Isobutylamido Thiazolyl Resorcinol, Sodium Hyaluronate, Tocopheryl Acetate, Sodium Stearoyl Glutamate, Ethylhexylglycerin, Xanthan Gum, Sodium Chloride, Carbomer, Sodium Sulfate, Trisodium EDTA, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Sodium Hydroxide, Phenoxyethanol, Benzyl Alcohol, Limonene, Parfum, CI 15985.
Podobnie jak w przypadku kremu na dzień, krem na noc z Nivea Luminous nie ma naturalnego składu. Zawiera m.in. silikon, czy też Phenoxyethanol. Patrząc na składniki pielęgnujące mamy tutaj nawilżającą glicerynę i kwas hialuronowy, natłuszczające i łagodzące podrażnienia masło shea oraz kreatynę.

Kreatyna to ciekawy składnik w kremie. Polecana jest dla cery dojrzałej, suchej, zniszczonej. Stymuluje syntezę kolagenu i działa przeciwstarzeniowo. Podobnie jak w kremie na dzień z SPFem mamy i tutaj Thiamidol, który działa na przebarwienia głównie te brązowe, które utrwaliło słońce, a także na piegi. Należy jednak pamiętać, żeby ten składnik miał szansę jakoś wpłynąć na nasze przebarwienia, należy stosować go regularnie i najlepiej 2-4 razy dziennie. Dla uzyskania najlepszych efektów warto włączyć do pielęgnacji również serum Nivea Luminous, które zgodnie z obietnicami producenta powinno w ciągu 4 tygodni rozjaśnić przebarwienia, a po 8-miu zredukować je nawet o 50%.

Aqua, Glycerin, Isopropyl Palmitate, Caprylic/Capric Triglyceride, Methylpropanediol, Cocoglycerides, Cetearyl Alcohol, Cetyl Palmitate, Distarch Phosphate, Glyceryl Stearate, Dimethicone, Butyrospermum Parkii Butter, Isobutylamido Thiazolyl Resorcinol, Sodium Hyaluronate, Creatine, 1-Methylhydantoin-2-Imide, Ethylhexylglycerin, Sodium Stearoyl Glutamate, Carrageenan, Xanthan Gum, Sodium Chloride, Trisodium EDTA, Sodium Hydroxide, Phenoxyethanol, Parfum.
Muszę przyznać, że obydwa kremy z serii Nivea Luminous pozytywnie mnie zaskoczyły. Zacznę od tego na dzień z filtrem SPF50. Krem zamknięty jest w buteleczce airless z pompką, czyli moim ulubionym opakowaniu. Dzięki temu używanie kosmetyku jest wygodne i higieniczne. Krem ma lekko beżowy kolor i charakterystyczny dla kremów Nivea zapach (ale nie jest to zapach tego najpopularniejszego niebieskiego kremu). Konsystencja jest taka akurat – dosyć lekka, ale też nie lejąca się, za co daję plus.

Krem lekko koryguje, wygładza skórę, dzięki czemu drobne niedoskonałości, czy też przebarwienia stają się od razu mniej widoczne. Rozprowadza się przyjemnie, szybko się wchłania i pozostawia cerę ładnie zmatowioną, rozjaśnioną i aksamitną. Jest naprawdę bardzo miła w dotyku! Myślę, że ten krem super sprawdzi się przy cerze tłustej i mieszanej, nie obciążając jej. Przy cerze suchej warto rozważyć jakiś inny krem pod spód, gdyż ten jest dosyć lekki i może być niewystarczający.

Ładny koloryt skóry, zmatowienie i uczucie aksamitności skóry utrzymywały się przez prawie cały dzień. Dopiero popołudniu poczułam lekkie przetłuszczenie w strefie T (głównie na środku czoła). Muszę przyznać, że moja mieszana cera bardzo polubiła ten krem. Często kremy z wysokim filtrem kojarzą się z ciężką, tępą formułą, niektóre są bielące. Krem Nivea Luminous SPF 50 pod tym względem nie różni się w żaden sposób od „zwykłych” kremów, bez filtra. Jest lekki, ładnie matowi skórę, przyjemnie się wchłania i nie bieli.
Przejdźmy teraz to kremu na noc Nivea Luminous.

Krem na noc zamknięty jest w granatowym słoiczku ze złotą nakrętką. Jak już pisałam powyżej, moim ulubionym opakowaniem jest buteleczka airless, ale korzystanie z tego słoiczka również jest w miarę wygodne. Konsystencja kremu na noc jest bardziej treściwa, ale nadal dość lekka. Przyjemnie się wchłania, nie pozostawia uczucia tłustości. Skóra jest gładka i miękka. Zapach jest podobny do zapachu krem na dzień. Jest nienachalny i szybko znika.

Rano po przebudzeniu skóra jest nadal przyjemnie miękka i gładka. Nie mam uczucia obciążenia, czy też tłustości i nie czuję potrzeby szybkiego umycia twarzy, jak to się czasem zdarza bo zbyt treściwych, ciężkich kremach. Nie pojawiły się nowe wypryski i czuję, że moja skóra po prostu „lubi” ten krem i jego formułę.

Nie zauważyłam jeszcze za bardzo efektu zredukowania przebarwień. W przypadku kremu na dzień nie jest to jednak mój priorytet. Jest nim ochrona przed promieniowaniem. Wybierając więc ten krem, kierowałam się tym, aby dobrze się go używało jako kremu z wysokim SPFem, a ewentualne zmniejszenie przebarwień będzie miłym dodatkiem. To, co na pewno zauważyłam to to, że skóra jest ładnie rozświetlona, nieobciążona. Mam też wrażenie, że te oba kremy po prostu dobrze służą mojej cerze. Nie pojawiają się jakieś niedoskonałości, a skóra jest dobrze nawilżona i „zadowolona”. Jeśli więc nie przykładasz aż tak ogromnej uwagi do składu i nie pomijasz składników tak jak Phenoxyethanol, silikony, czy glikole, to myślę, że naprawdę warto wypróbować linię Nivea Cellular Luminous. To naprawdę przyjemne kremy. Na promocji można je złapać w miarę przystępnych cenach (po około 50-60zł, a cena regularna to 79,99zł).

Jestem mamą Krzysia i Zuzi oraz żoną Darka. Uwielbiam książki fantasy, postapo, seriale Netflixa i Outlandera. W wolnych chwilach lubię pograć na konsoli lub w jakąś planszówkę (Agricola <3). Praktykuję jogę.
Artykuł Nivea Luminous – krem przeciw przebarwieniom na dzień SPF 50 i krem na noc pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Artykuł Basiclab Antyoksydacyjne serum wyrównujące z witaminą C 15% (trawiaste) – moja opinia pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Tradycyjnie zaczynamy od przyjrzenia się, jakie składniki trafiły do serum z BasicLab. Na pierwszym miejscu mamy wodę, a zaraz za nią 3-O-Ethyl Ascorbic Acid w stężeniu 15%. To stabilna pochodna kwasu askorbinowego o świetnym działaniu antyoksydacyjnym i rozjaśniającym. Wyrównuje koloryt skóry i stymuluje produkcję kolagenu, wpływając na jędrność skóry. Dodatkowo działa przeciwzapalnie.

Następnie mamy nawilżający filtrat wody ryżowej, propanediol, glicerynę. Dzięki wyciągowi z wierzbownicy Fleischera oraz z ogórka skóra po użyciu serum jest wyciszona, ukojona, a jej stan widocznie się poprawia. Całość dopełniają silne antyoksydanty, czyli glutation i resweratrol, które wspomagają rozświetlenie cery i rozjaśnienie przebarwień.

Jak widać mamy tutaj naprawdę fajny, przemyślany skład, dzięki któremu serum dobrze działa na przebarwienia i rozjaśnia cerę. Do tego zapobiega powstawaniu niedoskonałości i przyjemnie nawilża skórę. Jestem jak najbardziej na tak :)
Aqua, 3-O-Ethyl Ascorbic Acid, Saccharomyces/Rice Ferment Filtrate, Propanediol, Glycerin, Pentylene Glycol, Inulin, Glutathione, Epilobium Fleischeri Flower/Leaf/Stem Extract, Cucumis Sativus Fruit Extract, Resveratrol, Tocopherol, Alpha-Glucan Oligosaccharide, Arginine, Hydroxyacetophenone, Xanthan Gum, Citric Acid, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate.

Trawiaste serum zużyłam do ostatniej kropelki i zamówiłam kolejną buteleczkę. Na ten moment to moje ulubione serum, które daje naprawdę fajne efekty. Moja cera była zauważalnie w lepszej kondycji – moja mama i siostra dosyć szybko zauważyły różnicę. Skóra stała się promienna, rozjaśniona i gładka. Znikły wypryski i zbladły przebarwienia. Jak dla mnie to jest naprawdę efekt wow. Mimo wszystko nie często zdarza się, że jakiś kosmetyk daje tak fajne, widoczne gołym okiem rezultaty.

Serum jest przezroczyste, wodne, przyjemnie się rozprowadza i wchłania w skórę. Zamknięte jest w szklaną buteleczkę z pipetą, która nie jest moim ulubionym rodzajem opakowania. Zawsze wolę buteleczki z pompką. Zdecydowałam się na pojemność 30ml, która starczyła mi na trochę ponad miesiąc codziennego stosowania na całą skórę twarzy.

Cena serum jest niemała, bo obecnie wynosi 134,90zł (ja kupiłam jeszcze przed mega inflacją, która nas dopadła na początku 2022 roku) i kosztowało 124,90zł (plus dodatkowo zawsze miałam jakiś kod rabatowy, więc wychodziło jeszcze taniej). Mimo to, uważam, że jest to serum naprawdę warte uwagi i wydania tych pieniędzy. Efekty, jakie otrzymałam, są tego warte.

Jestem bardzo zadowolona z antyoksydacyjnego serum wyrównującego z witaminą C o stężeniu 15% z BasicLab. Na ten moment to chyba moje ulubione serum, które daje mi tak dobre efekty. Świetnie współgra z emużelem BasicLab, ale też z innymi kosmetykami, kremami, których używałam.
Jestem mamą Krzysia i Zuzi oraz żoną Darka. Uwielbiam książki fantasy, postapo, seriale Netflixa i Outlandera. W wolnych chwilach lubię pograć na konsoli lub w jakąś planszówkę (Agricola <3). Praktykuję jogę.
Artykuł Basiclab Antyoksydacyjne serum wyrównujące z witaminą C 15% (trawiaste) – moja opinia pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Artykuł Terra Botanica Box – styczeń 2022 pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>
Zaczynamy od perełki tego boxa, czyli Multifunkcyjnego serum do skóry, szyi i dekoltu z Polemiki. To świeżutka nowość marki. Serum napakowane jest świetnymi składnikami aktywnymi i naprawdę nie mogę się doczekać aż zacznę go używać, bo zapowiada się bardzo fajnie.
W składnie mamy przykładowo wyciąg z zielonej herabty, hialuronian sodu o różnych wielkościach cząsteczek, oleje z dzikiej róży, jojoba, kameliowy, witaminę C, niacynamid, ekstrakt z sosny… I oczywiście to nie wszystko :) Serum powinno doskonale nawilżać i ujednolicać koloryt skóry. Wygląda to naprawdę nieźle.
Cena rynkowa serum z Polemiki to 159zł za 30ml.

Drugim produktem z Terra Botanica Boxa jest ultra-nawilżający krem do twarzy od Simply more. Ten kosmetyk również bardzo mnie ciekawi. Po porodzie moja skóra potrzebuje dużego nawilżenia, a krem ten wydaje się spełnić takie oczekiwania.
Skład nie jest długi, ale naprawdę konkretny. Mamy olej jojoba i moringa, skwalan oraz ekstrakt z embelii z Madagaskaru, który powinien przyjemnie koić i regenerować skórę. Krem zamknięty jest w buteleczce z pompką airless, czyli moim ulubionym opakowaniu.
Cena rynkowa kremu to 59,99zł za 50ml.

Kolejny kosmetyk z boxa to żel oczyszczający z Kire Skin. Żel ma ładnie oczyszczać skórę również z makijażu. W składzie nie ma wody, a zamiast niej mamy glicerynę, olej z pestek słonecznika oraz sfermentowaną wodę ryżową i wyciąg z kwiatu lotosu. Żel powinien poza oczyszczaniem, zwężać pory, łagodzić zmiany trądzikowe, a także odżywiać skórę. Prezentuje się całkiem nieźle.
Cena rynkowa żelu to 85zł za 100ml.

Przedostatnim produktem w moim Terra Botanica Box jest szampon aromaterapeutyczny z Zielonego Laboratorium.
Skład szamponu oparty jest na łagodnych i naturalnych środków myjących. Przeznaczony jest do codziennego stosowania. Zapach jest ciekawy, ziołowy. Jestem ciekawa, jak będzie mi się go używało, gdyż jeszcze nie miałam do czynienia z szamponem aromaterapeutycznym.
Cena rynkowa szamponu to 53zł za 250ml.

W moim pudełku znalazł się również dodatkowy produkt z Lost with Botanicals. Bardzo się cieszę, że go dostałam. Masełko jest bardzo treściwe, aksamitne i pachnie kwiatowo tak jak ich Flower Juice. Z przyjemnością będę używać tego masełka.
Cena rynkowa masełka do ust to 65zł.
Terra Botanica Box to taka moja słabość, jeśli chodzi o beauty boxy. Mimo, że mam naprawdę sporo kosmetyków, jest mi niezwykle ciężko oprzeć się każdej kolejnej edycji tego boxa. Nie jest to box, w którym jest milion kosmetyków i zdecydowanie nie należy do najtańszych pudełek na rynku, ale jest to naprawdę wyjątkowy box. Otwierając go, a później korzystając z tych kosmetyków zawsze czuję się, że otrzymałam luksusowy produkt. Nie inaczej jest i w przypadku tej edycji.

Box kosztował niemało, bo aż 229zł + koszty wysyłki. Wartość otrzymanych kosmetyków to 357zł w wersji podstawowej. Ja dodatkowo dostałam masełko do ust z Lost with Botanicals, więc u mnie wartość całości przekroczyła 400zł. Muszę powiedzieć, to według mnie to naprawdę fajny stosunek produktów do tego, ile się za zapłaciłam. Tym bardziej, że nie są to drogeryjne, dosyć powszechne produkty, a coś bardziej wyszukanego i jak daje mi uczucie luksusu i dogodzenia sobie ;) Niezmiennie polecam Terra Botanica Box :)

Jestem mamą Krzysia i Zuzi oraz żoną Darka. Uwielbiam książki fantasy, postapo, seriale Netflixa i Outlandera. W wolnych chwilach lubię pograć na konsoli lub w jakąś planszówkę (Agricola <3). Praktykuję jogę.
Artykuł Terra Botanica Box – styczeń 2022 pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Artykuł Christmas Market, czyli Kalendarz Adwentowy od Lost Alchemy – 2021 pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>

Pierwszym produktem jest Lemonade Glow Nectar, czy rozświetlający nektar od Lost with Botanicals. Wersja pełnowymiarowa to 100g produktu za 255zł, a w kalendarzu znalazła się miniatura 20g, czyli o wartości 51zł.

W składzie mamy oleje z pestek kiwi, arbuza, jeżyny i winogrona oraz owocowe ekstrakty z guarany, figi, grejpfruta, granatu i zielonej kawy. Do tego witaminy C i E, a także prowitamina A. Całość wzbogacona jest drobinkami miki, która pięknie rozjaśni skórę. Nektar polecany jest do każdego typu cery oraz do ciała (chociaż do ciała według mnie trochę szkoda używać tak drogiego produktu).

Pod domkiem nr 2 krył się nawilżający krem z prebiotykiem na dzień Morning Bllom od marki Slaap. To miniatura o pojemności 15ml. Pełnowymiarowy słoiczek kremu o pojemności 50ml kosztuje 99zł. Po przeliczeniu wersja, która trafiła do kalendarza jest warta około 30zł.

Morning Bloom zawiera naprawdę godne uwagi składniki takie jak niacynamid, który uwielbiam, ekstrakty ze śliwki kakadu i dzikiej róży, beta-glucan, kwas hialuronowy oraz prebiotyk Prebiulin AGA. Krem ten więc powinien pięknie rozświetlać cerę, wyrównywać jej koloryt oraz wesprzeć mikrobiom skóry. Do tego ma zapach owocowego jogurtu :)

Domek nr 3 to serum z peptydami od My Magic Essence o pojemności 12ml. Pełnowymiarowe serum to 30ml za 189zł. Wartość produktu w kalendarzu określam więc na około 75zł.

Serum My Magic Essence zawiera maksymalne stężenie kompleksu trzech peptydów, kwas hialuronowy oraz ekstrakty z bulwy śnieżycy letniej, miłorzębu i wąkroty azjatyckiej. Serum ma za zadanie wygładzić i ujędrnić skórę, a także zredukować zmarszczki.
Czwartym produktem jest peeling do ciała Ukochanie, który powstał przy współpracy marki O! figa z Ekofelietonem. Peeling ten ma swoją premierę własnie w kalendarzu adwentowym Christmas Market.

Do kalendarza trafił słoiczek o pojemności 100ml. Na stronie marki nie ma jeszcze karty produktu tego peelingu, ale inny peeling – Czarowanie – o pojemności 200ml kosztuje 52,90zł. Określę więc wartość peelingu z kalendarza na około 26,50zł.

Ukochanie to peeling cukrowy o cytrusowym zapachu. Zawiera w składzie m.in. olej konopny, masło shea, olej lawendowy oraz olej z opuncji figowej, który jest naprawdę drogim i rzadkim olejem. Mimo, że nie przepadam za cytrusowymi kosmetykami, chętnie wypróbuję ten peeling. Zapowiada się ciekawie.
Numer 5 to krem do rąk Candy Handy z Be the Sky Girl o pojemności 50ml. To pełnowymiarowy produkt, który wart jest 29zł.

Candy Handy ma fajny skład. Są w nim zawarte odżywcze oleje, takie jak olej ze słodkich migdałów oraz olej z pestek słonecznika. Do tego witamina E i pochodna kwasu hialuronowego. Powinien przyjemnie nawilżać skórę dłoni i pachnieć słodkimi, egzotycznymi owocami.
Szóstym produktem w kalendarzu jest tonik do twarzy Blue lagoon od Be.loved o pojemność 30ml o wartości 69zł. To produkt, który nie tak dawno ujrzał światło dzienne.

W składzie mamy mi.n. trzy rodzaje alg, wodę morską, hydrolat z róży damasceńskiej, ferment z bambusa i kwasy AHA. Tonik będzie koić i oczyszczać skórę, a do tego pozostawi ją nawilżoną.

Numer 7 to krem pod oczy z Creamy – Pequi Eye. To pełnowymiarowy produkt o pojemności 15g i cenie 119zł.

Krem Pequi Eye przeznaczony jest do pielęgnacji każdego rodzaju ceru z opuchnięciami i dorbnymi zmarszczkami. Bazą kremu są oleje: pequi, moringa, jojoba i masło kakaowe. Do tego ekstrakt z alg czerwony, hydrolat lipowy zamiast wody, ceramidy i witamina E. Krem powinien więc działać odżywczo i przeciwstarzeniowo.


Kolejny produkt w kalendarzu to algowo-bambusowy ręcznik do twarzy marki Senkara. Wymiary ręczniczka to 30x30cm. Jest antybakteryjny i bardzo miękki. To taki kosmetyczny gadżet, ale chętnie będę go używać. Niestety nie znalazłam na stronie Senkary tego produktu, więc nie mogę podać jego ceny.

W ósmym domku krył się kolejny produkt B.Loved z serii Blue Lagoon – balsam peelingująco-oczyszczający z algami o pojemności 15ml. Mimo małej pojemności to pełnowymiarowy produkt o cenie około 82zł.

Balsam oparty jest o oleje z czarnej porzeczki i makadamia,masło cupuacu. Zawiera algi oraz enzymz papaji i ekstrakt owocowy z borówki, które delikatnie złuszczają martwy naskórek. Jestem ciekawa produktu i obiecanego zapachu – połączenia bergamotki i wanilii.

Dziesiąty produkt do masło do ciała od Hagi. To kolejny pełnowymiarowy produkt – pojemność 100ml o wartości 69zł. Muszę przyznać, że bardzo się ucieszyłam, rozpakowując to masło. Bardzo lubię markę Hagi i chętnie będę używać ich masła do ciała.

W składzie mamy masło kakowe i masło shea, do tego olej ze słodkich migdałów, z pestek słonecznika, czy też z baobabu. Spodziewam się więc bardzo odżywczego i dosyć tłustego produktu do ciała. Hagi określa zapach masła jako korzenny, zmysłowy, wynikający z połączenia pomarańczy, patchouli, sandałowca i labdanum.

Przedostatni produkt w kalendarzu Christmas Market to ręcznie robione mydło w kostce dynia hokkaido i miód marki Purite. Jest to kolejny pełnowymiarowy produkt o wartości 23zł.

Osobiście nie jestem fanką takich craftowych mydeł. Kojarzą mi się z takim uniwersalnym prezentem, kiedy nie wiadomo, co kupić. To mydło ładnie, korzennie pachnie i ładnie wygląda. Przeznaczone do skóry wrażliwej, pękającej, łuszczącej się. Zawiera mus z dyni i olej z pestek dyni, dzięki czemu powinno nawilżać i ujędrniać skórę. Co ciekawe, producent deklaruje, że również pomoże wygładzić rozstępy. Chętnie to sprawdzę na własnej skórze, która po ciąży zyskała kolejne czerwone kreski,

Ostatnim, dwunastym produktem jest aktywny peeling do twarzy róża & jagoda marki Mokosh. Bardzo mnie ucieszył ten produkt, gdyż już dawno chciałam wypróbować ten peeling. W kalendarzu znalazł się słoiczek o pojemności 15ml o wartości 39zł.

W składzie peelingu znalazł się olej z dzikiej róży, a także moc ekstraktów: z róży damasceńskiej, owoców borówki amerykańskiej, wanilii, malin, winogron, z owoców męczennicy cielistej. Do tego enzymy z papai i ananasa. Peeling ten działa złuszczająco, rozjaśniająco, wygładzająco i przeciwzmarszczkowo.


W tegorocznym Kalendarzu Adwentowym Christmas Market z Lost Alchemy znalazło się 12 produktów zarówno pełnowymiarowych, jak i miniatur (jest ich po równo: 6 takich i 6 takich). Cena boxa to 385zł + koszt wysyłki, a wartość wszystkich produktów około 700zł.

Jak zwykle kosmetyki wybrane przez Wiolę z Lost Alchemy to kosmetyki naturalne naszych polskich marek. Widać, że Wiola włożyła dużo serca w skomponowanie zawartości i całą oprawę kalendarza. Te papierowe domki, które są opakowaniami kosmetyków są naprawdę urocze, a grafika do kalendarza naprawdę klimatyczna i zapierająca dech w piersiach. Jak zwykle otrzymujemy piękny, estetyczny produkt, w którym widać ogrom serca i dbałości o detale. Ja jak zwykle jestem bardzo zadowolona z tego, co wyczarowała Wiola z Lost Alchemy. Mimo, że nie jest to najtańszy kalendarz adwentowy na rynku, wiem, że za tą ceną zawsze idzie jakość i piękna estetyka.




Jestem mamą Krzysia i Zuzi oraz żoną Darka. Uwielbiam książki fantasy, postapo, seriale Netflixa i Outlandera. W wolnych chwilach lubię pograć na konsoli lub w jakąś planszówkę (Agricola <3). Praktykuję jogę.
Artykuł Christmas Market, czyli Kalendarz Adwentowy od Lost Alchemy – 2021 pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Artykuł Pure Beauty listopad 2021 – zawartość jubileuszowej edycji pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Pamiętam, jak odezwała się do mnie przedstawicielka Pure Beauty, aby przetestować ich box i napisać o nim parę słów. Była to pierwsza edycja, z listopada 2020. Muszę przyznać, że po otwarciu przesyłki byłam pod wrażeniem. W tym pudle znalazło się naprawdę wiele perełek! A teraz nadeszła pora na kolejny listopadowy box :)

W najnowszej edycji mamy aż 13 produktów (z czego aż 12 to produkty pełnowymiarowe!) i 3 próbki. Co ważne, wszystkie kosmetyki mają długie terminy ważności, dzięki czemu nie powinny się przeterminować wśród moich zapasów ;) No i nie ma bata w postaci krótkiej przydatności, że trzeba dany produkt zużyć od razu, bo się zmarnuje. Wszystkie kosmetyki jak zwykle spakowane zostały w śliczne pudełko z rewelacyjną grafiką. Do tego zawinięte były w firmowy papier Pure Beauty i zawiązane wstążką. To są niby drobiazgi, ale znacznie umilają otwieranie pudełka i wpływają na jego ogólny odbiór.

Nie będę już dalej przedłużać. Zabieramy się za to, jakie cuda znalazły się w listopadowym, jubileuszowym Pure Beauty Box.

Pierwszym produktem jest sól do kąpieli Westlab. Do mnie trafiła wersja odprężająca z olejkiem kadzidłowym, bergamotką i olejem CBD. Bazą jest sól Epsom oraz naturalna sól kamienna himalajska, która ma grube kryształki i przez to będzie się rozpuszczać powoli.

Ucieszył mnie ten produkt, zwłaszcza, że marzy mi się aromatyczna, uspokajająca kąpiel. Ciekawa jestem zapachu kąpieli z tą solą. Na pewno przetestuję!
Cena rynkowa soli to 19,90zł za opakowanie.
Kolejnym produktem jest wzmacniający booster do skóry głowy z S!Flow. Jest to kosmetyk, który również bardzo mnie ucieszył. Jestem świeżo po porodzie i zaczynają mi trochę wypadać włosy. Wiem, że to przejściowe, ale nie zaszkodzi trochę je dodatkowo wzmocnić.

W składzie boostera mamy łagodzący olej z czarnuszki, kompleks biotyny z mocznikiem, który zapobiega wypadaniu włosów oraz aloes, który stymuluje ich wzrost. Całość wzbogacona jest adaptogenem – grzybem reishi, który nawilża i wygładza. Boostera używa się jako pierwszego kroku w pielęgnacji włosów i skóry głowy. Nalezy pozostawić go na 20 minut na skórze głowy, a następnie umyć włosy szamponem.
Cena rynkowa boostera to 28,99zł.
Trzecim produktem jest mikrozłuszczający krem na noc z OnlyBio. Zawiera on kwas azaleinowy, który będzie odpowiadał za złuszczanie i rozjaśnienie skóry. Do tego ma właściwości antybakteryjne, zmniejsza widocznośc porów oraz działa przeciwzaskórnikowo. Drugi ciekawym składnikiem aktywnym jest matcha, czyli japońska zielona herbata o silnym działaniu przeciwzapalnym i łagodzącym trądzik. Poza tym mamy też olej z pestek brzoskiwini, czy też olej ze słodkich migdałów, masło shea oraz witaminę E.

Jestem ciekawa tego kremu i chętnie go użyję. Wydaje się być odpowiedzią na potrzeby mojej skóry. Do tego zawiera aż 99% składników pochodzenia naturalnego i jest wegański.
Cena rynkowa kremu OnlyBio to 39,99zł.
Mamy już krem na noc z OnlyBio, do pary więc będzie pasować krem na dzień. To krem matujący Dermedic Normacne Preventi, czyli coś, co również powinno się sprawdzić przy cerze skłonnej do wyprysków. Krem ten reguluje wydzielanie sebum, matuje i łagodzi stany zapalne.

Zdecydowanie nie jest to produkt naturalny. Zawiera glikole i PEGi, więc jeśli ktoś unika takich składników, to nie będzie krem dla niego. Ja jestem jego całkiem ciekawa, więc prawdopodobnie zdecyduję się użycie.
Cena rynkowa to 36zł.
Następnym produktem jest serum Promienna Skóra z Tołpy. Tołpa to nie jest moja ulubiona marka, ale właściwie mogłabym przetestować to serum. Zawiera ono bakuchiol. Część nazywa go roślinnym retinolem, uważam jednak to określenie trochę na wyrost. Niemniej jednak, jest to składnik, który odnawia naskórek, zmniejsza przebarwienia i ogranicza produkcję sebum.

Cena rynkowa serum Promienna Skór Tołpy to 31,99zł.
W pudełku nie zabrakło również maseczki do twarzy. To maska dotleniająco-nawilżająca z Lierac. W składzie ma kwas hialuronowy i ekstrakt z róży. Jej głównym zadaniem jest dogłębne nawilżenie skóry i wzmocnienie bariery hydrolipidowej skóry.

Ciekawe, jak sprawdzi mi się ta maseczka. Nie spodziewam się jednak jakichś spektakularnym efektów – ot, maska jak maska. Taka jakich mam wiele w szafie ;)
Cena rynkowa to 15,99zł.
Następnym produktem do twarzy w listopadowym Pure Beauty jest hydrolat imbirowy z Nature Queen. Pachnie rzeczywiście imbirowo. Ma działanie odkażające i bakteriobójcze. Myślę, że fajnie sprawdzi się w pielęgnacji cery trądzikowej, skłonnej do wyprysków.

Mam nadzieję, że będzie dobrze działał, gdyż mam słabe doświadczenia z innym hydrolatem z Nature Queen. Bardzo szybko zepsuła się pompka i hydrolat źle się rozpryskiwał, nie było taj takiej mgiełki, tylko pojedynczy strumień. Było to bardzo niewygodne.
Cena rynkowa hydrolatu imbirowego to 27,90zł.
Mamy kolejny krem, tym razem krem CC, który dopasowuje się do cery. Ogółem nie przepadam ani za kremami BB, ani CC. Nie wiem więc, czy w ogóle będę używać tego produktu.

Jeśli chodzi o skład to mamy tu błękitną algę i witaminę E, które będą ładnie nawilżać skórę. Do tego są też PEGi i sylikony, więc ponownie, jeśli ktoś unika takich składników, to nie będzie to krem dla niego.
Cena rynkowa to 24,99zł.
Ten produkt bardzo mnie ucieszył. To wydłużający tusz do rzęs. Nie miałam wcześniej żadnego kosmetyku z Neo Make Up, więc chętnie sprawdzę, czy mi podpasuje i czy rzeczywiście ładnie wydłuży rzęsy :)

Cena rynkowa to 45zł.
Przechodzimy teraz do produktów do pielęgnacji ciała. Pierwszym z nim jest pianka łagodząca podrażnienia z ChitonCare. Nie znam tej marki, więc chętnie ją wypróbuję.

Skład pianki jest bardzo prosty: woda, prowitamina B5, czyli D-panthenol i chitozan. Myślę, że będzie z niej korzystał mój synek.
Cena rynkowa to 59zł.
Kolejny produkt to nawilżające mleczko do ciała marki Vianek. Ot, taki zwykły balsam w niewysokiej cenie. Vianek ostatnio pojawia się w wielu beauty boxach. Jest tani i ma dobre składy. Fajnie, że jest w butelce z pompką.

W składzie mamy olej z pestek winogron oraz olej z kiełków pszenicy. Do tego ekstrakty z lnu, lipy i akacji. Mleczko powinno dobrze nawilżać, regenerować i zmiękczać.
Cena rynkowa to 28zł.
Ostatnim produktem pełnowymiarowym jest krem do stóp Oragniczny rokitnik z Lirene. Lirene to marka, którą lubię. Jest niedroga i całkiem dobrze mi się sprawdza.

W składzie mamy 97% składników organicznych i pochodzenia naturalnego. Do kremu trafił olej ze słodkich migdałów, masło shea, czy też olej babassu. Do tego tytułowy wyciąg z rokitnika.
Ja raczej nie będę używać tego kremu, ale myślę, że przyda się mojej Mamie.
Cena rynkowa to 15,99zł.
Do pudełka trafiła wersja podróżna żelu pod prysznic z hibisusem od Jowae. Z marką tą miałam do czynienia za sprawą boxa z SuperPharm.

Żel zawiera 95% składników pochodzenia naturalnego. Należy do raczej łagodniejszych produktów do mycia ciała i polecany jest również dla dzieci od 3 roku życia. Tubka jest niewielka – nada się idealnie do podróżnej kosmetyczki.
Cena rynkowa za 300ml to 40zł. Do boxa trafił żel o pojemności 50ml, określam więc jego wartośc na około 7zł.
W boxie znalazły się również 3 próbki. Dwie z nich to krem Uriage z linii przeciwzmarszkowej Age Protect. Trzeci to jedna ampułka nawilżającego serum B3 od SVR. W pełnowymiarowym opakowanie znajdują się trzy ampułki po 10ml, a ich koszt to 147zł.

Wartość wszystkich produktów to 380zł. Jeśli dodać do tego koszt jednej ampułki SVR, to kwota wzrasta o kolejne 49zł, co daje łącznie 429zł. Box w elastycznej subskrypcji, którą można w każdej chwili anulować, kosztuje 79zł + 10zł kosztów wysyłki, czyli razem 89zł. Wartość kosmetyków jest więc ponad 4 razy większa, niż to, co płacimy. W pudełku jednak znalazły się w większości produkty bardzo łatwo dostępne, które często trafiają na promocje w drogeriach i można je złapać w naprawdę atrakcyjnych cenach. Przykładowo serum Promienna Skóra z Tołpa, mimo, że ma cenę rynkową 31,99zł, to obecnie jest na promocji np. w SuperPharm i można je zakupić o 11zł taniej. Tak samo krem do stóp z Lirene. Cena rynkowa to niecałe 16zł, ale spokojnie ten krem dostać za połowę ceny.

Jeśli więc chodzi o opłacalność pudełka, to zależy jak się na to patrzy ;) Box zawiera całkiem sporo kosmetyków, są to jednak produkty raczej dosyć zwyczajne, wszechobecne w sklepach i takie, które często można kupić sporo taniej.

Ta edycja miała być edycją jubileuszową z okazji pierwszych urodzin marki i powiem szczerze, że spodziewałam się z tego tytułu czegoś więcej. Zdecydowanie to pudełko nie wywołało u mnie efekty wow, jak to było po otrzymaniu ich pierwszego boxa rok temu. Mam dość mieszane uczucia i z tego, co widziałam na grupach o beauty boxach, sporo osób ma podobne wrażenia i odczucia. Nie zrozumcie mnie oczywiście źle – to są fajne produkty, jednak mam jakiś niedosyt po tym pudełku. Jestem jednak tak połowicznie zadowolona. Część kosmetyków mnie ucieszyła, a przy części od razu miałam myśl „O, znowu ta marka”.

Jestem mamą Krzysia i Zuzi oraz żoną Darka. Uwielbiam książki fantasy, postapo, seriale Netflixa i Outlandera. W wolnych chwilach lubię pograć na konsoli lub w jakąś planszówkę (Agricola <3). Praktykuję jogę.
Artykuł Pure Beauty listopad 2021 – zawartość jubileuszowej edycji pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>