Artykuł Moje TOP 5 kremów z filtrem SPF 50 pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>
Krem z filtrem Frudia to był dla mnie totalny game changer. Kremy z wysoką ochroną przeciwsłoneczną kojarzyły mi się z gęstą, ciężką konsystencją, bieleniem i specyficznym zapachem (taki był mój pierwszy SPF do twarzy – Sunbrella – źle go wspominam). Gdy moje ręce trafił filtr Frudia, totalnie odmienił moje postrzeganie tego rodzaju kosmetyków.
Ma świetną, lekką formułę. Nie bieli, nie tłuści i pięknie pachnie. Do tego zapewnia najwyższą ochronę przed UVA: PA++++ oraz UVB: SPF50+. Krem ten niestety zawiera glikole i Disodium EDTA, których staram się unikać, ale w przypadku kremu z filtrem bardziej zwracam uwagę na to, czy dobrze mi się go używa. Ma za to garść świetnych składników pielęgnacyjnych, takich jak niacynamid, olej z pestek moreli, z pestek winogron, kwas hialuronowy, czy też dobroczynne esktrakty. Dodatkowo Frudia ma przystępną cenę. Ostatni raz, jak ją kupowałam, płaciłam jedyne 27,50zł.
Niestety obecnie jest trudno dostępny, ale być może ponownie trafi na sklepowe półki. Ja się cieszę, że mam jeszcze jedno opakowanie w zapasie :)
Tutaj —> pełna recenzja kremu z filtrem Frudia SPF50.

Kolejny krem z filtrem SPF50, którzy należy do moich ulubieńców to nowość od marki Nivea z serii Luminous. To niezwykle lekki krem, który świetnie się sprawdzi przy cerze mieszanej, tłustej, skłonnej do niedoskonałości. Czasami jest dla mnie aż za lekki i potrzebuję dodatkowego nawilżenia, zanim zamknę nim pielęgnację.
Poza filtrami przeciwsłonecznymi Nivea Luminous zawiera tiamazol, dzięki czemu skutecznie zmniejsza przebarwienia. Do tego mamy tapiokę, która matuje skórę oraz witaminę E, nawilżający kwas hialuronowy i glicerynę. Regularna cena kremu Nivea Luminous to 79,99zł, jednak można trafić za promocję i wtedy jest to koszt w okolicach 50-60zł. Jest dostępny w Rossmannie, Hebe, Naturze, SuperPharm.
Tutaj –> pełna recenzja kremu z filtrem SPF50 Nivea Luminous

Następnym wartym uwagi kremem SPF50 jest Asoa z filtrem chemicznym. Mają jeszcze wersję z filtrami mineralnymi, ale jest on trochę cięższy w aplikacji. Za to ten z filtrami chemicznymi nie dość, że zapewnia najwyższą ochronę przeciwsłoneczną SPF50+ i PA++++, to zawiera jeszcze ekstrakt z wąkroty azjatyckiej, kwas hialuronowy i niacynamid.
Krem Asoa jest rzeczywiście ultralekki i fajnie nawilżający. Podobnie jednak jak w przypadku Nivea Luminous to nawilżenie jest dla mnie czasem zbyt małe i muszę pod spód nałożyć treściwszy krem. Ta lekkość będzie jednak super dla osób z cerą, która mocniej się przetłuszcza i wymaga naprawdę nieobciążającego kosmetyku.
Krem Asoa należy do droższych SPFów. Na stronie marki jest w cenie 98zł. Ja jednak swój kupiłam sporo taniej w Drogerii Pigment. Jeśli chodzi o dostępność, to trzeba go raczej szukać w interentowych drogeriach i na Allegro, chociaż można kupić również w Douglasie online. Nie wiem, jednak, czy występuje w Douglasie stacjonarnie.
Tutaj –> pełna recenzja kremu z filtrem chemicznym Asoa SPF50 PA++++

Przedostatnim kremem z filtrem, który bardzo lubię jest ten z Cosrx z aloesem. Zapewnia najwyższą ochronę przed promieniowaniem UVB – na poziomie SPF50+ i wysoką ochronę przed UVA – PA+++. Krem zamknięty jest w wygodnej tubce o pojemności 50ml. Koszt tego kremu z filtrem to około 60-70zł. Dostępny jest raczej internetowo.
Krem Cosrx ma delikatny, przyjemny zapach. Konsystencja jest taka jak lubię – nie jest ani zbyt gęsty, ani lejący się. Skóra po jego użyciu jest gładka, miękka i jakby ukojona. Fajnie nadaje się pod makijaż i dobrze współgra z podkładem. Nie tłuści i nie bieli.
W składzie mamy m.in. łagodzący wyciąg z aloesu, witaminę E i nawilżającą glicerynę. Nie jest to jednak skład naturalny, gdyż zawiera np. Disodium EDTA, czy też glikole.

No i na koniec pozostał nam krem – żel od Skin79. Niezwykle lekki, idealny dla cer przetłuszczających się. Zapewnia najwyższą ochronę przeciw UVA i UVB. W składzie poza filtrami mamy kilka składników pieklęgnujących takich jak przeciwzapalny i łagodzący ekstrakt z wąkroty azjatyckiej, odżywczy wyciąg z pstrolistki sercowatej oraz nawilżający wyciąg z nasion chia.
Krem SPF50 ze Skin79 pozostawia lekką, błyszczącą warstewkę, którą łatwo przykryć pudrem. Jest niesamowicie lekki i bardzo szybko się wchłania. Czasami potrzebuję nałożyć pod niego dodatkową warstwę nawilżenia w postacie serum lub kremu na noc. SPF od Skin79 świetnie współgra z podkładkami i pudrami. Dobrze nadaje się pod makijaż.
Koszt kremu z filtrem do Skin79 to 69zł za 50ml. Można go jednak złapać na fajnej promocji. Mi się raz udało go kupić nawet za 40zł. To naprawdę świetna cena, jak za taką ochronę przeciwsłoneczną i komfort używania.

Korzystaliście z tych kremów z filtrem? Czy może macie jakiś inny, ciekawy krem do polecenia?
Wszystkie kremy z filtrem, jakie przetestowałam i o nich napisałam znajdziecie pod tym linkiem: Kremy z filtrem SPF50
Na mojej liście do testów jest jeszcze kilka ciekawych opcji, m.in. emulsja od Basiclab, czy też satynowy krem z Bielendy. Jak tylko będę po testach, podzielę się swoją opinią :)
Jestem mamą Krzysia i Zuzi oraz żoną Darka. Uwielbiam książki fantasy, postapo, seriale Netflixa i Outlandera. W wolnych chwilach lubię pograć na konsoli lub w jakąś planszówkę (Agricola <3). Praktykuję jogę.
Artykuł Moje TOP 5 kremów z filtrem SPF 50 pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Artykuł Nowy krem z filtrem od Lirene – Oh, just peachy! SPF 30 pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Ochrona przeciwsłoneczna w Peachy SPFie oparta jest na stabilnych filtrach chemicznych: Octisalate, Uvinul A Plus, Tinosorb S, Bemotrizinol. Poza działaniem ochronnym przed promieniowaniem, krem Lirene ma również właściwości pielęgnacyjne, a to dzięki kilku naprawdę ciekawym, dobroczynnym składnikom.

Lekki krem SPF 30 od Lirene zawiera olej z pestek brzoskwini, który przyjemnie wygładza i zmiękcza skórę. Jest źródłem nienasyconych kwasów tłuszczowych, które działają antyoksydacyjnie. Polecany jest dla cery wrażliwej. Kolejnym olejem w składzie jest olej z pestek słonecznika, który dobrze współgra z każdym typem cery. Ma działanie nawilżające i ochronne.

Z ciekawszych składników w SPFie od Lirene mamy również ceramidy, które zwane są cementem międzykomórkowym, ponieważ chronią przed ucieczką wody z naskórka i tworzą barierę ochronną. Godne uwagi są również resweratol o działaniu przeciwstarzeniowym, niacynamid, który reguluje pracę gruczołów łojowych i skutecznie wyrównuje koloryt skóry oraz nawilżającą argininę. Całość wzbogacona jest witaminą C w formie Ascrobic Acid, która dobrze współgra z filtrami przeciwsłonecznymi, podbijając ich działanie, a do tego działa przeciwzapalnie i redukuje przebarwienia. Uważam, że witamina C to naprawdę świetny składnik i cieszę się, jak trafia do kosmetyków.

W składzie znalazły się również wyciągi:
Krem zawiera glikole (Butylene Glycol, Propylene Glycol) oraz PEG, jeśli więc unikasz tych składników, to nie będzie to krem dla Ciebie.

Aqua (Water), Glycerin, C12-15 Alkyl Benzoate, Dibutyl Adipate, Ethylhexyl Salicylate, Butylene Glycol, Diethylamino Hydroxybenzoyl Hexyl Benzoate, Potassium Cetyl Phosphate, Propanediol, Alcohol Denat., Methylene Bis-Benzotriazolyl Tetramethylbutylphenol (nano), Pentylene Glycol, Bis-Ethylhexyloxyphenol Methoxyphenyl Triazine, Acrylates/C12-22 Alkyl Methacrylate Copolymer, Cetyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Niacinamide, Glycine Soja (Soybean) Seed Extract, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Fruit Extract, Zinc PCA, Ceramide NG, 3-O-Ethyl Ascorbic Acid, Lecithin, Lonicera Caprifolium Flower Extract, Lonicera Japonica Flower Extract, Resveratrol, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Dimethicone, Prunus Persica (Peach) Kernel Oil, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, PEG-240/HDI Copolymer Bis-Decyltetradeceth-20 Ether, Hydroxyacetophenone, Decyl Glucoside, Arginine, Xanthan Gum, Coco-Glucoside, Disodium Lauryl Sulfosuccinate, Propylene Glycol, Tocopherol, Potassium Laurate, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Benzoic Acid, Parfum (Fragrance), CI 19140 (FD&C Yellow No. 5), CI 16035 (FD&C Red No. 40)

Moje wrażenia ze stosowania kremu z filtrem SPF 30 od Lirene są bardzo dobre. Krem jest rzeczywiście lekki, przyjemny w konsystencji i łatwo się rozprowadza. Pozostawia skórę przyjemnie nawilżoną, miękką i gładką. Na początku czuć pewien delikatny film na skórze, jednak nie jest on uciążliwy i szybko się wchłania. Co jest bardzo ważne w przypadku kremów z filtrem, Lirene Peachy SPF nie bieli, dzięki zawartości filtrów chemicznych i nie tłuści, a jednocześnie ma fajne właściwości pielęgnacyjne. To super, że trafiły do niego składniki takie jak olej z pestek brzoskwiń, ceramidy, niacynamid, resweratol, witamina C oraz wyciągi.

Krem na jasnopomarańczowy kolor i delikatny, brzoskwiniowy zapach. Nie jest on absolutnie nachalny. Wręcz przeciwnie. Spodziewałam się, że będzie intensywniejszy ze względu na to, że to brzoskwinia gra główną rolę w komunikacji serii, a jest jak dla mnie małowyczuwalny. Nie przeszkadza mi to, mimo, że lubię pachnące kosmetyki. Krem ma również wygodne opakowanie – tubkę. Co ważne nie wkładamy palców do słoiczka i nie zanieczyszczamy w ten sposób kosmetyku. Tubka jest naprawdę komfortowa w użytkowaniu.

Jeśli chodzi o to, jak krem Lirene Peachy SPF 30 sprawuje się z makijażem, to tu też jest naprawdę dobrze. Już po niedługim czasie od nałożenia kremu można przystąpić do nakładania makijażu. Nic się nie roluje, nie tłuści. Make up wygląda naprawę ładnie. Jestem zadowolona z uzyskanego efektu.

Dodatkową zaletą SPFu od Lirene jest jego cena. Sugerowana przez markę to 29,99zł za 50ml, ale można go znaleźć w Internecie taniej nawet za 21-25zł. Nie ma więc tu wymówek, aby nie stosować kremu z filtrem z powodu wysokiej ceny. To jest krem, który fajnie nadaje się pod makijaż, ma dobrą dostępność (w SuperPharm, w Rossmanie, w Hebe, na Allegro) i przystępną cenę.

Lekki krem nawilżający SPF 30 Oh, just so peachy! od Lirene jest naprawdę fajną opcją, jeśli chodzi o ochronę przeciwsłoneczną. Jest rzeczywiście lekki, dobrze współgra z makijażem. Do tego jest łatwo dostępny i stacjonarnie i internetowo i ma przystępną cenę. Jeśli jeszcze się wahasz, czy zacząć korzystać z kremu z filtrem na co dzień, to myślę, że ten Peachy SPF powinien skutecznie Cię przekonać. Ja zdecydowanie go polecam :)
Jestem mamą Krzysia i Zuzi oraz żoną Darka. Uwielbiam książki fantasy, postapo, seriale Netflixa i Outlandera. W wolnych chwilach lubię pograć na konsoli lub w jakąś planszówkę (Agricola <3). Praktykuję jogę.
Artykuł Nowy krem z filtrem od Lirene – Oh, just peachy! SPF 30 pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Artykuł Anty Tarka – naturalny krem do stóp pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Na pierwszym miejscu w składzie kremu Anty Tarka mamy mocznik i to w stężeniu 30%, dzięki któremu poza nawilżeniem i zmiękczeniem skóry, również ją złuszcza. Mocznik jest bardzo popularnym składników kosmetyków do stóp, gdyż działa naprawdę fajnie na skórę w tym miejscu.

Dalej w składzie mamy moc odżywczych, regenerujących składników. Olej kokosowy świetnie pielęgnuje skórę suchą, szorstką. Wspaniale zmiękcza i nawilża. Lanolina, czyli sebum owiec, zmiękcza i zabezpiecza skórę. Gliceryna i alkohol cetylowy natłuszczają. Panthenol działa łagodząco na podrażnienia i wspomaga gojenie ran. Kwas mlekowy usuwa martwy naskórek, a witamina E nawilża skórę.

Skład tego kremu prezentuje się naprawdę dobrze. Nie ma tutaj jakichś zbędnych polepszaczy. Wszystko jest przemyślane i ukierunkowane na maksymalne nawilżenie zregenerowanie skóry stóp.
Urea, Aqua, Cocos Nucifera Oil, Lanolin, Glycerin, Cetyl Alcohol, Sodium Lactate, Cetearyl Olivate, Sorbitan Olivate, Triacetin, Panthenol, Mentha Piperita Oil, Tocopheryl Acetate, Lactic Acid, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Limonene, Linalool.

Krem Anty tarka zamknięty jest w szklanym słoiczku o pojemności 50ml. Wystarczy to jednak na dłuższy czas stosowania, gdyż krem ten jest bardzo wydajny. Konsystencja Anty tarki jest dość zbita, gęsta, ale sam krem jest aksamitny i gładki w dotyku. Zapach jest miętowy za sprawą olejku eterycznego z mięty pieprzowej.

Doskonale rozprowadza się go po skórze stóp i bardzo dobrze się wchłania. Już po użyciu czuć przyjemną miękkość i gładkość. Używanie tego kremu jest naprawdę wygodne. Po nałożeniu go na stopy można wytrzeć dłonie w chusteczkę i spokojnie poczekać aż się wchłonie, czytając książkę, czy też przeglądając coś na smartfonie. Po dłuższym czasie stosowaniu uzyskujemy naprawdę super miękką skórę na stopach. Jest świetnie nawilżona i odżywiona. Jestem bardzo zadowolona!

Krem do stóp Anty Tarka marki Opcja Natura można zakupić w Internecie. Cena za 50ml to 29,90zł. W tej cenie otrzymujemy skuteczną kurację na suche i popękane pięty o fajnym, naturalnym składzie. Moim zdaniem naprawdę warto.
Korzystanie z pumeksu nie jest korzystne dla skóry naszych stóp, gdyż jest to działanie zbyt mocne. Możemy w ten sposób uszkodzić naskórek, a nadmiernie go ścierając, powodujemy zwiększenie narastania. Podobnie lepiej nie korzystać ze skarpet złuszczających, które zakłada się na noc. Mogą po nich wystąpić podrażnienia zwłaszcza w tych delikatniejszych miejscach na stopach, np. między palcami. Przecież tam raczej nie mamy zrogowaciałej skóry, a taka skarpetkach działa na całą powierzchnię. Poza tym mam wrażenie, że efekt jest jednak krótkotrwały.

Najlepiej zadbać o odpowiednie nawilżenie skóry. Warto po każdej kąpieli posmarować stopy odpowiednim kremem przeznaczonym do ich pielęgnacji. Anty Tarka świetnie się do tego nadaje :) Zawiera dobroczynne składniki takie jak lanolina, mocznik, panthenol, gliceryna… Do tego warto poświęcić chwilę i wmasować krem w stopy (albo poprosić o taki krótki masaż partnera :) ). Nie dość, że jest to po prostu przyjemne, to dodatkowo poprawiamy krążenie.
Jestem mamą Krzysia i Zuzi oraz żoną Darka. Uwielbiam książki fantasy, postapo, seriale Netflixa i Outlandera. W wolnych chwilach lubię pograć na konsoli lub w jakąś planszówkę (Agricola <3). Praktykuję jogę.
Artykuł Anty Tarka – naturalny krem do stóp pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Artykuł Nivea Luminous – krem przeciw przebarwieniom na dzień SPF 50 i krem na noc pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Zacznijmy od przyjrzenia się składowi kremu na dzień Nivea Luminous SPF 50. Od razu zaznaczam, że skład nie jest naturalny i zawiera np. silikon Dimethicone, glikole (Butylene Glycol), mikroplastik (Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer), Phenoxyethanol czy też alcohol denat, jeśli więc unikasz takich składników, to od razu daję znać.

Za ochronę przed promieniami odpowiada sześć filtrów chemiczne: Homosalate, Ethylhexyl salicylate, Ethylhexyl triazone (filtr nowej generacji) oraz Phenylbenzimidazole Sulfonic Acid, które chronią przed promieniami UVB oraz Butyl methoxydibenzoylmethane, który chroni przed promieniami UVA. Całość uzupełnia kolejny filtr nowej generacji, który chroni zarówno przed UVA, jak i UVB – Bis-ethylhexyloxyphenol methoxyphenyl triazine. Dzięki zastosowaniu filtrów chemicznych (organicznych) krem Nivea nie bieli skóry po nałożeniu.

W składzie kremu znalazł się Isobutylamido Thiazolyl Resorcinol, który odpowiada za redukcję przebarwień i rozjaśnienie cery. Hamuje produkcję melaniny, która wpływa na powstawanie przebarwień. Nivea nazwała go Luminous 360. Poza nim mamy też kilka składników pielęgnacyjnych takich jak Octan tokoferylu (pochodna witaminy E), nawilżający kwas hialuronowy oraz glicerynę, a także matującą tapiokę.
Tak jak pisałam na początku, skład nie jest naturalny i dla części osób jest nie do zaakceptowania. Ja mimo, że oczywiście wolę kosmetyki naturalne o dobrych składach, to w przypadku kremów z filtrem odchodzę do tego. Tutaj liczy się dla mnie przede wszystkim to, jak się tego kosmetyku używa, gdyż kremy z wysokim SPFem często są trudne w aplikacji.

Aqua, Homosalate, Butyl Methoxydibenzoylmethane, Ethylhexyl Salicylate, Ethylhexyl Triazone, Butylene Glycol, Dicaprylate/Dicaprate, Alcohol Denat., Bis-Ethylhexyloxyphenol Methoxyphenyl Triazine, Dimethicone, Silica, Phenylbenzimidazole Sulfonic Acid, Tapioca Starch, Cetearyl Alcohol, Behenyl Alcohol, Methylpropanediol, Glycerin, Isobutylamido Thiazolyl Resorcinol, Sodium Hyaluronate, Tocopheryl Acetate, Sodium Stearoyl Glutamate, Ethylhexylglycerin, Xanthan Gum, Sodium Chloride, Carbomer, Sodium Sulfate, Trisodium EDTA, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Sodium Hydroxide, Phenoxyethanol, Benzyl Alcohol, Limonene, Parfum, CI 15985.
Podobnie jak w przypadku kremu na dzień, krem na noc z Nivea Luminous nie ma naturalnego składu. Zawiera m.in. silikon, czy też Phenoxyethanol. Patrząc na składniki pielęgnujące mamy tutaj nawilżającą glicerynę i kwas hialuronowy, natłuszczające i łagodzące podrażnienia masło shea oraz kreatynę.

Kreatyna to ciekawy składnik w kremie. Polecana jest dla cery dojrzałej, suchej, zniszczonej. Stymuluje syntezę kolagenu i działa przeciwstarzeniowo. Podobnie jak w kremie na dzień z SPFem mamy i tutaj Thiamidol, który działa na przebarwienia głównie te brązowe, które utrwaliło słońce, a także na piegi. Należy jednak pamiętać, żeby ten składnik miał szansę jakoś wpłynąć na nasze przebarwienia, należy stosować go regularnie i najlepiej 2-4 razy dziennie. Dla uzyskania najlepszych efektów warto włączyć do pielęgnacji również serum Nivea Luminous, które zgodnie z obietnicami producenta powinno w ciągu 4 tygodni rozjaśnić przebarwienia, a po 8-miu zredukować je nawet o 50%.

Aqua, Glycerin, Isopropyl Palmitate, Caprylic/Capric Triglyceride, Methylpropanediol, Cocoglycerides, Cetearyl Alcohol, Cetyl Palmitate, Distarch Phosphate, Glyceryl Stearate, Dimethicone, Butyrospermum Parkii Butter, Isobutylamido Thiazolyl Resorcinol, Sodium Hyaluronate, Creatine, 1-Methylhydantoin-2-Imide, Ethylhexylglycerin, Sodium Stearoyl Glutamate, Carrageenan, Xanthan Gum, Sodium Chloride, Trisodium EDTA, Sodium Hydroxide, Phenoxyethanol, Parfum.
Muszę przyznać, że obydwa kremy z serii Nivea Luminous pozytywnie mnie zaskoczyły. Zacznę od tego na dzień z filtrem SPF50. Krem zamknięty jest w buteleczce airless z pompką, czyli moim ulubionym opakowaniu. Dzięki temu używanie kosmetyku jest wygodne i higieniczne. Krem ma lekko beżowy kolor i charakterystyczny dla kremów Nivea zapach (ale nie jest to zapach tego najpopularniejszego niebieskiego kremu). Konsystencja jest taka akurat – dosyć lekka, ale też nie lejąca się, za co daję plus.

Krem lekko koryguje, wygładza skórę, dzięki czemu drobne niedoskonałości, czy też przebarwienia stają się od razu mniej widoczne. Rozprowadza się przyjemnie, szybko się wchłania i pozostawia cerę ładnie zmatowioną, rozjaśnioną i aksamitną. Jest naprawdę bardzo miła w dotyku! Myślę, że ten krem super sprawdzi się przy cerze tłustej i mieszanej, nie obciążając jej. Przy cerze suchej warto rozważyć jakiś inny krem pod spód, gdyż ten jest dosyć lekki i może być niewystarczający.

Ładny koloryt skóry, zmatowienie i uczucie aksamitności skóry utrzymywały się przez prawie cały dzień. Dopiero popołudniu poczułam lekkie przetłuszczenie w strefie T (głównie na środku czoła). Muszę przyznać, że moja mieszana cera bardzo polubiła ten krem. Często kremy z wysokim filtrem kojarzą się z ciężką, tępą formułą, niektóre są bielące. Krem Nivea Luminous SPF 50 pod tym względem nie różni się w żaden sposób od „zwykłych” kremów, bez filtra. Jest lekki, ładnie matowi skórę, przyjemnie się wchłania i nie bieli.
Przejdźmy teraz to kremu na noc Nivea Luminous.

Krem na noc zamknięty jest w granatowym słoiczku ze złotą nakrętką. Jak już pisałam powyżej, moim ulubionym opakowaniem jest buteleczka airless, ale korzystanie z tego słoiczka również jest w miarę wygodne. Konsystencja kremu na noc jest bardziej treściwa, ale nadal dość lekka. Przyjemnie się wchłania, nie pozostawia uczucia tłustości. Skóra jest gładka i miękka. Zapach jest podobny do zapachu krem na dzień. Jest nienachalny i szybko znika.

Rano po przebudzeniu skóra jest nadal przyjemnie miękka i gładka. Nie mam uczucia obciążenia, czy też tłustości i nie czuję potrzeby szybkiego umycia twarzy, jak to się czasem zdarza bo zbyt treściwych, ciężkich kremach. Nie pojawiły się nowe wypryski i czuję, że moja skóra po prostu „lubi” ten krem i jego formułę.

Nie zauważyłam jeszcze za bardzo efektu zredukowania przebarwień. W przypadku kremu na dzień nie jest to jednak mój priorytet. Jest nim ochrona przed promieniowaniem. Wybierając więc ten krem, kierowałam się tym, aby dobrze się go używało jako kremu z wysokim SPFem, a ewentualne zmniejszenie przebarwień będzie miłym dodatkiem. To, co na pewno zauważyłam to to, że skóra jest ładnie rozświetlona, nieobciążona. Mam też wrażenie, że te oba kremy po prostu dobrze służą mojej cerze. Nie pojawiają się jakieś niedoskonałości, a skóra jest dobrze nawilżona i „zadowolona”. Jeśli więc nie przykładasz aż tak ogromnej uwagi do składu i nie pomijasz składników tak jak Phenoxyethanol, silikony, czy glikole, to myślę, że naprawdę warto wypróbować linię Nivea Cellular Luminous. To naprawdę przyjemne kremy. Na promocji można je złapać w miarę przystępnych cenach (po około 50-60zł, a cena regularna to 79,99zł).

Jestem mamą Krzysia i Zuzi oraz żoną Darka. Uwielbiam książki fantasy, postapo, seriale Netflixa i Outlandera. W wolnych chwilach lubię pograć na konsoli lub w jakąś planszówkę (Agricola <3). Praktykuję jogę.
Artykuł Nivea Luminous – krem przeciw przebarwieniom na dzień SPF 50 i krem na noc pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Artykuł Basiclab Antyoksydacyjne serum wyrównujące z witaminą C 15% (trawiaste) – moja opinia pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Tradycyjnie zaczynamy od przyjrzenia się, jakie składniki trafiły do serum z BasicLab. Na pierwszym miejscu mamy wodę, a zaraz za nią 3-O-Ethyl Ascorbic Acid w stężeniu 15%. To stabilna pochodna kwasu askorbinowego o świetnym działaniu antyoksydacyjnym i rozjaśniającym. Wyrównuje koloryt skóry i stymuluje produkcję kolagenu, wpływając na jędrność skóry. Dodatkowo działa przeciwzapalnie.

Następnie mamy nawilżający filtrat wody ryżowej, propanediol, glicerynę. Dzięki wyciągowi z wierzbownicy Fleischera oraz z ogórka skóra po użyciu serum jest wyciszona, ukojona, a jej stan widocznie się poprawia. Całość dopełniają silne antyoksydanty, czyli glutation i resweratrol, które wspomagają rozświetlenie cery i rozjaśnienie przebarwień.

Jak widać mamy tutaj naprawdę fajny, przemyślany skład, dzięki któremu serum dobrze działa na przebarwienia i rozjaśnia cerę. Do tego zapobiega powstawaniu niedoskonałości i przyjemnie nawilża skórę. Jestem jak najbardziej na tak :)
Aqua, 3-O-Ethyl Ascorbic Acid, Saccharomyces/Rice Ferment Filtrate, Propanediol, Glycerin, Pentylene Glycol, Inulin, Glutathione, Epilobium Fleischeri Flower/Leaf/Stem Extract, Cucumis Sativus Fruit Extract, Resveratrol, Tocopherol, Alpha-Glucan Oligosaccharide, Arginine, Hydroxyacetophenone, Xanthan Gum, Citric Acid, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate.

Trawiaste serum zużyłam do ostatniej kropelki i zamówiłam kolejną buteleczkę. Na ten moment to moje ulubione serum, które daje naprawdę fajne efekty. Moja cera była zauważalnie w lepszej kondycji – moja mama i siostra dosyć szybko zauważyły różnicę. Skóra stała się promienna, rozjaśniona i gładka. Znikły wypryski i zbladły przebarwienia. Jak dla mnie to jest naprawdę efekt wow. Mimo wszystko nie często zdarza się, że jakiś kosmetyk daje tak fajne, widoczne gołym okiem rezultaty.

Serum jest przezroczyste, wodne, przyjemnie się rozprowadza i wchłania w skórę. Zamknięte jest w szklaną buteleczkę z pipetą, która nie jest moim ulubionym rodzajem opakowania. Zawsze wolę buteleczki z pompką. Zdecydowałam się na pojemność 30ml, która starczyła mi na trochę ponad miesiąc codziennego stosowania na całą skórę twarzy.

Cena serum jest niemała, bo obecnie wynosi 134,90zł (ja kupiłam jeszcze przed mega inflacją, która nas dopadła na początku 2022 roku) i kosztowało 124,90zł (plus dodatkowo zawsze miałam jakiś kod rabatowy, więc wychodziło jeszcze taniej). Mimo to, uważam, że jest to serum naprawdę warte uwagi i wydania tych pieniędzy. Efekty, jakie otrzymałam, są tego warte.

Jestem bardzo zadowolona z antyoksydacyjnego serum wyrównującego z witaminą C o stężeniu 15% z BasicLab. Na ten moment to chyba moje ulubione serum, które daje mi tak dobre efekty. Świetnie współgra z emużelem BasicLab, ale też z innymi kosmetykami, kremami, których używałam.
Jestem mamą Krzysia i Zuzi oraz żoną Darka. Uwielbiam książki fantasy, postapo, seriale Netflixa i Outlandera. W wolnych chwilach lubię pograć na konsoli lub w jakąś planszówkę (Agricola <3). Praktykuję jogę.
Artykuł Basiclab Antyoksydacyjne serum wyrównujące z witaminą C 15% (trawiaste) – moja opinia pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Artykuł Resibo Flower Power Regulujący Hydro Krem – moja opinia pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Wśród składników aktywnych w hydro kremie Flower Power znalazł się niacynamid, który osobiście bardzo lubię. Zresztą nie tylko ja. To składnik o świetnym działaniu przy cerze mieszanej, tłustej, z tendencją do wyprysków. Reguluje wydzielanie sebum, zmniejsza przebarwienia, działa przeciwzapalnie i przeciwstarzeniowo. Poza niacynamidem w składzie kremu znajdziemy kilka ciekawych ekstraktów. Jednym z nich jest ekstrakt z kwiatów hibiskusa, który Resibo nazwało Flower Acids®. To kompleks kwasów organicznych pozyskanych z kwiatów hibiskusa właśnie. Ma on działanie antyoksydacyjne i przyspieszające regenerację zniszczonej skóry. To tego ujędrnia i złuszcza naskórek.

Dalej mamy ekstrakt z wąkroty azjatyckiej, który również jest polecany dla cery mieszanej. Zawiera witaminy A, C, K, E oraz flawanoid, które są antyoksydantami. Łagodzi stany zapalne, działa przeciwzapalnie, wygładza skórę i pobudza produkcję kolagenu. Kolejnym ekstraktem w kremie Flower Power z Resibo jest ekstrakt z owoców róży z Mirtu o świetnym działaniu przeciwutleniającym i przeciwzapalnym. Dodatkowo wspiera on ochronę skóry przed promieniowaniem UVB.

Poza wspomnianymi ekstraktami i niacynamidem, w składzie mamy sporo innych składników nawilżających, ujędrniających i odżywczych, takich jak gliceryna, czy też mocznik. Jak widać skład kremu Flower Power od Resibo prezentuje się całkiem nieźle.

Aqua, Glycerin, Coco-Caprylate, Isostearyl Alcohol, Methyl Glucose Sesquistearate, Myristyl Myristate, Potassium Lactate, Niacynamide, Betaine, Isopropyl Isostearate, Hibiscus Sabdariffa Flower Extract, Centella Asiatica Extract, Rhodomyrtus Tomentosa Fruit Extract, Calcium Pantothenate, Propanediol, Caprylyl Glycol, Urea, Magnesium Lactate, Potassium Chloride, Magnesium Chloride, Sodium Citrate, Glucose, Acacia Senegal Gum, Xanthan Gum, Hydroxyacetophenone, Sodium Phytate, Citric Acid, Parfum, Sodium Benzoate, Ethylhexylglycerin, Potassium Sorbate, Alpha-Isomethyl Ionone, Benzyl Salicylate, Geraniol, Citronellol, Hydroxycitronellal, Hexyl Cinnamal, Limonene, Linalool.

Muszę przyznać, że moje pierwsze doświadczenia z kremem Flower Power z Resibo nie były najszczęśliwsze. Na początku krem ten mnie podrażnił. Skóra czerwieniła się i czułam lekkie pieczenie. Odstawiłam go na kilka dni i podjęłam ponowną próbę. Znowu było samo, więc znowu na jakiś czas przestałam go używać. Dopiero za trzecim podejściem udało się bez przeszkód zacząć używać hydro kremu Resibo.

Krem Flower Power jest naprawdę bardzo lekki i dosyć rzadki. Dosyć szybko się wchłania i nie pozostawia tłustego filmu na twarzy. Skóra jest zmatowiona, nie błyszczy się. Jak dla mnie jednak krem ten jest za mało nawilżający. Jest fajną bazą np. pod krem z SPFem (świetnie współgra przykładowo z Asoa z filtrem chemicznym), ale jako samodzielny krem był dla mnie zbyt lekki, nie mówiąc już o stosowaniu go jako kremu na noc. Zdecydowanie wolę trochę treściwsze produkty, zwłaszcza przy wieczornej pielęgnacji.

Krem zamknięty jest w szklanej buteleczce 50ml z pompką. To bardzo wygodne rozwiązanie. Bardzo lubię kosmetyki w takich opakowaniach. Jeśli chodzi o cenę, to jest to 79zł. Według mnie nie jest to niska cena, a jeszcze biorąc pod uwagę to, że właściwie średnio mi się sprawdził, to jestem trochę rozczarowana, bo mimo wszystko prawie 80zł za krem to trochę sporo i możemy oczekiwać czegoś fajniejszego. Flower Power to mój kolejny krem z Resibo i powiem szczerze, że ten pierwszy, czyli Resibo glow krem rozświetlający, również wypadł u mnie bardzo tak sobie. Być może po prostu kremy Resibo nie są dla mnie ;)

Powiem szczerze, że ja jak skończę posiadane opakowanie kremu, nie będę kupować kolejnego. Na początku Flower Power wywołało u mnie podrażnienie, a jak już mogłam zacząć go używać, okazał się zbyt lekki i za mało nawilżający, nawet jak na moją mieszaną cerę. Szkoda, bo skład zapowiadał się naprawdę obiecująco. Być może spowodował to ten kompleks kwasów z kwiatów hibiskusa? A może coś innego? Trudno stwierdzić, chociaż moja skóra raczej dobrze sobie radzi z kwasami i to także w większym stężeniu, niż to, które wydaje mi się, że jest w kremie. Tak samo, jeśli chodzi o niacynamid. Wiem, że część osób podrażnia, jednak u mnie coś takiego nigdy się nie stało, nawet przy stosowaniu serum z Nacomi o stężeniu aż 15% niacynamidu.
Jeśli jednak różne inne kremy są dla Ciebie za bogate, zbyt ciężkie, być może właśnie Flower Power okaże się dobrym wyborem i dla Twojej skóry będzie wystarczające. U mnie to odrobinę za mało.

Jestem mamą Krzysia i Zuzi oraz żoną Darka. Uwielbiam książki fantasy, postapo, seriale Netflixa i Outlandera. W wolnych chwilach lubię pograć na konsoli lub w jakąś planszówkę (Agricola <3). Praktykuję jogę.
Artykuł Resibo Flower Power Regulujący Hydro Krem – moja opinia pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Artykuł Purite Krem do rąk Patchouli – recenzja pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Zdecydowanie skład tego kremu to jest coś za co markę Purite można bardzo pochwalić. Mamy mnóstwo dobroczynnych, regenerujących składników naturalnych. Bazę kremu stanowi ekologiczny hydrolat z róży damasceńskiej o działaniu łagodzącym podrażnienia i zaczerwienienia, nawilżającym i wyrównującym koloryt.

Następnie mamy szereg odżywczych olejów:

Jak widać mamy tu sporo odżywczych, silnie regenerujących olejów. Są one polecane do skóry mocno przesuszonej i podrażnionej.
Za kompozycję zapachową odpowiadają olejki patchouli (drzewno-korzenny), z palmarozy (słodki, kwiatowy z nutą różaną) oraz z mięty pieprzowej.

Rosa Damascena (Bulgarian Rose) Flower Water, (Cetearyl Olivate, Sorbitan Olivate), Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Prunus amygdalus dulcis (Sweet Almond) Oil, Butyrospermum Parkii (Shea) Fruit Butter, Adansonia digitata (Baobab) Seed Oil, Buxus Chinensis Hydrogenated Oil, Capric/Caprylic Triglyceride & Aloe Barbadensis Leaf Extract, Glycerin, Polyglycerol-3 Beeswax; Benzyl Alcohol, Salicylic Acid, Glycerine, Sorbic Acid*; Pogostemon cablin (Patchouli) oil, Cymbopogon martinii Oil, Mentha Piperita Leaf Oil.

Krem jest naprawdę bardzo odżywczy i treściwy. Myślę, że świetnie nada się do pielęgnacji przesuszonych i podrażnionych dłoni. Ewentualnie będzie dobrym rozwiązaniem bardziej na zimę, kiedy nasze ręce są wystawione na mróz. Do takiej codziennej pielęgnacji w okresie wiosny, lata i jesieni jest według mnie zbyt bogaty. Pozostawia na skórze tłustą warstewkę, która długo się utrzymuje. Do tego ma niesamowicie intensywny zapach. Jest on ładny, mocno korzenno-drzewny (kwiatowej nuty palmarozy za bardzo nie czuć), ale jest też bardzo długo wyczuwalny – nawet po umyciu rąk.

Krem Purite Patchouli & Palmaroza kosztuje aż 47zł za niewielką tubkę 50g. Według mnie jest to dosyć wysoka cena, jak na krem do rąk. Rozumiem, że ma dobry, naturalny skład, ale na rynku dostępne są też inne krem o równie dobrym składzie i działaniu, a o wiele mniejszej, bardziej akceptowalnej cenie. Ja się raczej na kolejną tubkę kremu Purite nie skuszę.
Jestem mamą Krzysia i Zuzi oraz żoną Darka. Uwielbiam książki fantasy, postapo, seriale Netflixa i Outlandera. W wolnych chwilach lubię pograć na konsoli lub w jakąś planszówkę (Agricola <3). Praktykuję jogę.
Artykuł Purite Krem do rąk Patchouli – recenzja pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Artykuł BasicLab Nawilżający EmuŻel z 4% Ektoiną – Rewitalizacja i Ukojenie – moja opinia pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Na pierwszym miejscu w składzie mamy wodę, a zaraz po niej filtrat z wody ryżowej, który ma działanie silnie nawilżające, wygładzające i rozjaśniające. Często wykorzystywany jest w kosmetykach do codziennej pielęgnacji w Japonii, Korei i Chinach. Jest to składnik chętnie stosowany przez BasicLab w ich produktach.

Dalej mamy propanediol, czyli glikol roślinny, który nie tylko rozpuszcza kwasy, ale też działa nawilżająco i ochronnie na skórę. To naturalna alternatywa dla glikolu propylenowanego pozyskiwanego z ropy naftowej. Docieramy teraz to wspomnianej już wcześniej ektoiny, która w moim serum występuje w stężeniu 4%. Ma ona właściwości przeciwzapalne, ochronne i nawilżające. Stosowana jest między innymi w lekach na alergie i wspomagających regenerację naskórka. To substancja naturalna produkowana przez niektóre rodzaje bakterii. Nie miałam wcześniej do czynienia z kosmetykami z tym składnikiem i muszę przyznać, że jej właściwości bardzo mnie zaciekawiły!

Do składu emużelu trafił również glikol pentylenowy. Wiem, że część go unika w kosmetykach ze względu na przenikanie, daję więc znać, że tutaj się znalazł. Następnie mamy Tripelargonin, czyli substancję nawilżającą, emolient pozyskiwany z nasion ostropestu plamistego. Wzmacnia barierę hydrolipidową skóry i tworzy na niej tzw. film, dzięki któremu utrudniona jest ucieczka wody z naskórka. Glukonolakton z kolei poza nawilżeniem, łagodzi stany zapalne i podrażnienia. Do tego działa przeciwstarzeniowo, wpływa na zmniejszenie przebarwień i blizn oraz uelastycznia skórę.

Jeśli chodzi o aminokwasy, to w emużelu znalazły się dwa: arginina i seryna, które również działają nawilżająco, zapobiegając ucieczce wody z naskórka i przyspieszają jego regenerację. Poza nimi mamy w składzie również m.in. ceramidy (wpływają na spójność i elastyczność naskórka), cholesterol (odbudowuje płaszcz hydrolipidowy skóry), alfa-glukan (wzmacnia barierę ochronną skóry, przywracając i utrzymując równowagę mikrobiomu), trehalozę (blokuje ucieczkę wody z naskórka), nisko- i ultraniskocząsteczkowy kwas hialuronowy (zwiększa nawilżenie i działa pozytywnie na elastyczność skóry oraz wypełnia drobne zmarszczki).

Skład nawilżającego emużelu z BasicLab prezentuje się według mnie naprawdę imponująco. Widać, że jest przemyślany i całkowicie nastawiony na cel dogłębnego nawilżenia skóry i załagodzenia jej ewentualnych podrażnień. Ekipie BasicLab należą się brawa za stworzenie takiego serum.
Aqua, Saccharomyces/Rice Ferment Filtrate, Propanediol, Ectoin, Pentylene Glycol, Tripelargonin, Polyglyceryl-6 Stearate, Gluconolactone, Arginine, Serine, Beta-Glucan, Ceramide NS, Cholesterol, Alpha-Glucan Oligosaccharide, Hydrolyzed Hyaluronic Acid, Hydrolyzed Sodium Hyaluronate, Inulin, Trehalose, Calcium Gluconate, Glycerin, Hydrogenated Lecithin, Xanthan Gum, Octyldodecanol, Polyglyceryl-6 Behenate, Hydroxyacetophenone, Sodium Benzoate.
Mam za sobą już ponad trzy tygodnie testów. Jestem bardzo zadowolona z efektów emużelu. Skóra jest dobrze nawilżona i zaopiekowana. Mimo, że mamy lato, serum w ogóle nie obciąża i nie lepi się. Jest leciutkie, przyjemnie orzeźwia i łagodzi. Jeśli ktoś miałby jakieś oparzenia słoneczne, albo inne podrażnienia, to emużel świetnie sobie z nimi poradzi, przynosząc ulgę i przyspieszając regenerację. Mam zamiar z niego korzystać, kiedy będę mogła jesienią wrócić do stosowania retinolu (obecnie jestem w ciąży i nie powinno używać się w tym czasie retinolu). Myślę, że będzie idealnym dopełnieniem kuracji, dając skórze ukojenie.
Emużel z BasicLab ma ciekawą konsystencję. Jest jedwabisty, nie za rzadki i nie za gęsty. Ma ładny, mleczny kolor i delikatny, naturalny zapach, co jeszcze bardziej wpływa na zmysły i uczucie totalnego ukojenia dla skóry. Zamknięty jest w niewielkiej, zgrabnej buteleczce z zakrętką. Przy pierwszym użyciu należy zakrętkę zmienić w dołączoną do zestawu szklaną pipetę. Jest to bardzo wygodne w użyciu. Mi starcza 2-3 krople, aby pokryć emużelem całą twarz. Dekolt i szyja to są kolejne 1-2 krople. Oczywiście należy pamiętać, aby nie dotykać końcówką pipety do skóry, czy to dłoni, czy to twarzy, aby nie zanieczyścić kosmetyku.

Jestem bardzo zadowolona z działania emużelu od BasicLab. Jest naprawdę lekki i przyjemny w użytkowaniu. Doskonale nawilża, a skóra po jego użyciu jest miękka, wygładzona i taka wręcz aksamitna. BasicLab pisało, że jeśli ktoś lubi niesamowicie lekkie formuły, to może używać samego emużelu, bez kremu na wierzch. Mi jednak za każdym razem brakowało tej warstwy domykającej, więc zawsze nakładałam na niego krem na noc podczas wieczornej pielęgnacji lub SPF rano. Emużel zawsze dobrze współgrał zarówno z moim kremem na noc z OnlyBio Ritualia, jak i z kremem z filtrem SPF 50 z Asoa. Testuję jeszcze pielęgnację warstwową z serum wyrównującym z 15% witaminy C (3-O-Ethyl Ascorbic Acid) z BasicLab. O efektach dam znać za jakiś czas, ale zdradzę tylko teraz, że póki co takie połączenie fajnie się sprawdza i daje dobre efekty. Ale o tym już niedługo w kolejnym :)
Jestem mamą Krzysia i Zuzi oraz żoną Darka. Uwielbiam książki fantasy, postapo, seriale Netflixa i Outlandera. W wolnych chwilach lubię pograć na konsoli lub w jakąś planszówkę (Agricola <3). Praktykuję jogę.
Artykuł BasicLab Nawilżający EmuŻel z 4% Ektoiną – Rewitalizacja i Ukojenie – moja opinia pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Artykuł OnlyBio Ritualia Rozkoszne Serum do ciała i Krem brązujący do ciała i twarzy pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>OnlyBio to polska marka z Bydgoszczy. Mają na swoim koncie bardzo udaną serię kosmetyków do włosów OnlyBio Hair Balance i kilka serii z kosmetykami do twarzy. Ritualia to jedna z ich najnowszych serii (mają jeszcze serię produktów OnlyBio Face in Balance ze składnikami adaptogennymi). W przypadku Ritualii OnlyBio deklaruje 98% składników pochodzenia naturalnego, a całą linię tych produktów (zarówno do ciała, jak i do twarzy) oceniam jako kosmetyki z trochę wyższej półki o pięknym designie opakowań, pięknych zapachach i bardzo dobrym działaniu.
Zaczynamy od kremu brązującego do ciała i twarzy. Tradycyjnie najpierw napiszę parę słów o składzie, a później przejdę do przedstawienia swoich wrażeń ze stosowania.
Na początku składu mamy składniki nawilżające, zmiękczające i konsystencjotwórcze. Następnie przechodzimy do gagatka odpowiadającego za brązowienie skóry, czyli Dihydroksyaceton DHA. Zaraz po nim znalazł się olej ze słodkich migdałów, wosk z borówki, masło kakaowe, masło mango, olej z baobabu, olej z owoców rokitnika oraz olej z nasion słonecznika. Jak widać, to niezła mieszanina odżywczych, dobroczynnych składników, które pięknie pielęgnują skórę. Mimo sporej liczby różnych olejów i maseł, krem ten nie jest tłusty i nie pozostawia nieprzyjemnej, tłustej warstwy na ciele.

Dodatkowo w składzie znalazła się również witamina E oraz kwas cytrynowy, który ładnie rozjaśnia i rozświetla skórę. INCI kremu brązującego z OnlyBio prezentuje się więc naprawdę ładnie. Rzeczywiście mamy mnóstwo składników naturalnych o dobrym działaniu.
Przejdźmy teraz to tego, jak się go używa. Krem brązujący OnlyBio ma bardzo przyjemną, lekką konsystencję.. Nie jest jednak leisty, dzięki czemu przyjemnie się go rozprowadza. Trzeba jednak wsmarowywać go bardzo ostrożnie i dokładnie. Źle rozsmarowany zostawia ciemne plamy i nieestetycznie wygląda. Warto uważać oczywiście na takie miejsca jak kolana, łokcie, kostki, gdyż wtedy również łatwo nabawić się nierównych ciapek. Przy myciu rąk po używaniu należy również być bardzo ostrożnym. Miałam taką sytuację, że kilka kropel z mokrych dłoni kapnęło mi na nogi i spłynęło cienką strużką, zostawiając po sobie blady ślad. Domyślacie sobie pewnie, jak kiepsko to potem wyglądało ;)

To dosyć mocny krem. W porównaniu z Brązującym balsamem z Mokosh, o wiele szybciej daje efekt i nie tak łatwo go zmyć. Powiedziałabym, że nawet jest trudne i wymaga sporego wysiłku. Zmycie go z kolan zajęło mi sporo czasu.
Krem brązujący OnlyBio bardzo ładnie, ale dosyć delikatnie pachnie. Nie czuć charakterystycznego zapachu samoopalaczy. Naprawdę przyjemnie się go używa, o ile jest się ostrożnym przy nakładniu ;) Poleciłabym go raczej bardziej wprawnym osobom w smarowaniu takimi produktami. Być może specjalna rękawica do samoopalaczy byłaby ułatwieniem i rozwiązaniem na te plamy?
Ze względu na ryzyko zostawienia i trudność w ich zmyciu, nie zdecydowałam się użyć tego kremu do twarzy.
Cena rynkowa Brązującego kremu do ciała i twarzy to 36,99zł za 250ml.
Aqua, Caprylic/Capric Triglyceride, Decyl Cocoate, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Dihydroxyacetone, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Cetearyl Wheat Straw Glycosides, Rhus Verniciflua Peel Cera, Theobroma Cacao Seed Butter, Mangifera Indica (Mango) Seed Butter, Adansonia Digitata (Baobab) Seed Oil, Hippophae Rhamnoides (Sea Buckthorn) Fruit Oil, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Xanthan Gum, Benzyl Alcohol, Citric Acid, Dehydroacetic Acid, Tocopherol, Benzoic Acid, Parfum, Linalool, Coumarin, Hexyl Cinnamal, Limonene.
Przechodzimy teraz do Rozkosznego serum do ciała, które składa się z aż ośmiu olejów i wzbogacone jest jednym ekstraktem:


Rozkoszne serum do ciała z OnlyBio Ritualia to mieszanina wielu dobroczynnych olejów. Przyjemnie się rozsmarowuje na skórze, roztaczając wokół piękny, zmysłowy zapach brzoskwiń. Jest odrobinę tłusty i potrzebuje chwili, aby się wchłonąć. Ja zdecydowanie wolę go używać wieczorem i rano budzić się otulona tym pięknym zapachem :)
Serum zamknięte jest w szklanej buteleczce z pompką, dzięki czemu nakłada się je bardzo wygodnie. Pojemność 150ml jest nieduża, ale według mnie w sam raz. Wystarczy niewiele produktu, aby wysmarować całe ciało. Oczywiście nie warto przesadzać z ilością, gdyż serum zostawia tłusty film i zbyt wiele olejku może potrzebować wiele czasu, aby się wchłonąć, albo nie wchłonie się do końca.
Cena rynkowa Rozkosznego serum do ciała OnlyBio Ritualia to 31,99zł za 150ml.

Prunus Persica (Peach) Kernel Oil, Rubus Idaeus (Raspberry) Seed Oil, Adansonia Digitata (Baobab) Seed Oil, Bertholletia Excelsa (Brazil) Nut Oil, Persea Gratissima (Avocado) Oil, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, Parfum, Sclerocarya Birrea Seed Oil, Rubus Chamaemorus Fruit Extract, Tocopherol, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil.
Uważam, że kosmetyki do twarzy z OnlyBio Ritualia wypadają sporo lepiej niż te do ciała. Mimo dobrych składów i pięknego designu opakowań, nie spełniły do końca moich oczekiwań. Krem brązujący jest według mnie za mocny. To nie mój pierwszy krem o takim działaniu, ale pierwszy, który mimo tego, że naprawdę uważnie go rozsmarowywałam, zostawił brzydkie plamy, a jak kapnie na niego woda jeszcze zanim porządnie się wchłonie, zostają na skórze nieestetyczne zacieki. Ma przyjemną konsystencję, ładny zapach, ale nie jest zbyt wygodny w użytkowaniu. Raczej nie kupię kolejnego słoiczka.

Co do serum, to wypadło lepiej niż krem brązujący. Należy jednak lubić olejki do ciała. Ja preferuję balsamy, gdyż szybciej się wchłaniają i nie zostawiają takiej tłustej warstwy. Jeśli jednak ktoś woli olejki do pielęgnacji skóry ciała, to ten jest ok. Ładnie pachnie, nawilża i odżywia. Ma wygodne opakowanie i jest wydajny.
Jestem mamą Krzysia i Zuzi oraz żoną Darka. Uwielbiam książki fantasy, postapo, seriale Netflixa i Outlandera. W wolnych chwilach lubię pograć na konsoli lub w jakąś planszówkę (Agricola <3). Praktykuję jogę.
Artykuł OnlyBio Ritualia Rozkoszne Serum do ciała i Krem brązujący do ciała i twarzy pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Artykuł ONLYBIO Ritualia Olejek do demakijażu i masażu twarzy, jedwabista pianka myjąca i balansujący tonik do twarzy pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Olejek do demakijażu masaży OnlyBio Ritualia zamknięty jest w przepięknej, szklanej buteleczce z pompką. Wewnątrz pływają płatki róży, przez co olejek ślicznie się prezentuje. To bardzo fajne rozwiązanie, dzięki któremu olejek wygląda bardziej elegancko, luksusowo i jakby zabrać go prosto z gabinetu SPA.

Zajrzyjmy jednak, co się znalazło w środku. Bazą olejku są oczywiście oleje:
Poza olejami w składzie znalazł się również hydrolat z róży damasceńskiej o działaniu przeciwzapalnym i nawilżającym. Mamy też emulgator taki jak Sorbitan Laurate, dzięki któremu możliwe powstanie emulsji. W olejku znalazł się również glikol propylenowy, jeśli więc go unikasz, to daję znać ;)

Olejek ma ładny, niedrażniący zapach spójny z nutą zapachową serum dodającego blasku i kremu na noc z 7 wyciągami odmładzającymi. Dobrze zmywa makijaż, również ten wodoodporny. Po użyciu skóra jest przyjemnie miękka i jedwabista, ale nie tłusta. Jedna pompka w zupełności starcza na zmycie standardowego makijażu dziennego. Niestety zdarza się, że podczas mycia olejek szczypie w oczy. Rzadko mi się coś takiego przytrafiało w przypadku innych olejków, np. Babo. Zmniejsza to trochę komfort korzystania z olejku OnlyBio, jednak nie przekreśla go.

Cena olejku do demakijażu i masażu twarzy z OnlyBio Ritualia to 38,99zł za 150ml. Jest to według mnie całkiem atrakcyjna cena, porównując ją np. do ceny olejku Babo lub Clochee. Ja swój olejek do testów zakupiłam na promocji w Rossmannie i zapłaciłam za niego około 30zł.
Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Prunus Persica (Peach) Kernel Oil, Coco-Caprylate/Caprate, Sorbitan Laurate, Bertholletia Excelsa (Brazil) Nut Oil, Diethylhexyl Sodium Sulfosuccinate, Gossypium (Cotton) Seed Oil, Silica, Macadamia Ternifolia Seed Oil, Parfum, Propylene Glycol, Aqua, Rosa Damascena Flower, Geraniol, Limonene, Linalool.
Przechodzimy teraz do jedwabistej pianki myjącej. Jest ona rzeczywiście bardzo lekka i aksamitna. Zamknięta jest w ładnej, plastikowej butelce z elegancką etykietą. Pachnie pięknie jak musujące wino brzoskwiniowe, bardzo podobnie do kremu brzoskwiniowego. Ja osobiście mam słabość do takiego zapachu, więc mi bardzo pasuje.

Jeśli chodzi o skład to nie jest długi i bardzo dobrze – nic mu więcej nie potrzeba. Na pierwszym miejscu mamy wodę, a później delikatny detergent i substancję pieniącą – Coco-glucoside, czyli poliglukozyd kwasów oleju kokosowego. Pozyskiwany jest z oleju kokosowego i cukrów. Dalej jest nawilżająca gliceryna, przeciwzapalny sok z granatu, rozjaśniający kwas cytrynowy, konserwanty Potassium Sorbate, Sodium Benzoate i kwas sorbowy. Całość dopina substancja zapachowa. I to wszystko – cały skład jedwabistej pianki z OnlyBio Ritualia

Jeśli chodzi o jej codzienne używanie, to świetnie się sprawdza jako drugi krok w oczyszczaniu skóry. Jedna pompka starcza, aby skutecznie umyć twarz i dekolt. Pianka z OnlyBio jest naprawdę jedwabista i leciutka. Skóra po jej użyciu jest ładnie oczyszczona bez uczucia napięcia, czy też suchości. To naprawdę delikatny, ale skuteczny produkt do mycia. Jestem bardzo zadowolona z jej używania. A do tego tak pięknie pachnie! Jak dla mnie ta pianka to hit.

Cena regularna jedwabistej pianki myjącej do twarzy OnlyBio Ritualia JOY to 38,99zł za 150ml. Tak jak pozostałe kosmetyki z tej serii, również piankę zakupiłam w promocji w Rossmanie i kosztowała mnie około 33zł.
Aqua, Sodium Cocoyl Glutamate, Coco-Glucoside, Glycerin, Punica Granatum Fruit Extract, Citric Acid, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, Sorbic Acid, Parfum.
Na koniec został nam balansujący tonik do twarzy. Ma on szklaną butelkę z pompką, dzięki czemu łatwo nałożyć go prosto na dłonie i delikatnie wklepać w skórę twarzy. Nie zużywamy w ten sposób wacików i oszczędzamy sam produkt.

Na pierwszym miejscu w składzie mamy tradycyjnie wodę, a następnie dwa hydrolaty:

Poza hydrolatami mamy też rozjaśniający kwas cytrynowy, humektant, środek żelujący, konserwanty i glikol pentylenowy.
Balansujący tonik z OnlyBio Ritualia nie jest typowym, wodnistym tonikiem. Ma gęstszą konsystencją, lekko żelową. Bardzo ładnie pachnie i przyjemnie się rozprowadza. Warto jednak mu dać parę chwilę, gdyż pozostawia na skórze delikatnie lepką i mokrą powłoczkę (a ja osobiście nie lubię jak krem ślizga mi się po zbyt wilgotnej od toniku/hydrolatu skórze). Tonik bardzo dobrze współgra z kremami z serii i naprawdę jest miły w użytkowaniu. Do tego wygodna pompka znacznie ułatwia nam jego nakładanie. Jestem jak najbardziej na tak.
Cena regularna balansującego toniku do twarzy z OnlyBio Ritualia to 29,99zł. W tym przypadku również trafiłam na promocję i zapłaciłam za niego około 25zł.

Aqua, Rosa Damascena Flower Water, Camellia Sinensis Leaf Water, Pentylene Glycol, Glycerin, Sodium PCA, Sodium Phytate, Sodium Alginate, Citric Acid, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate.
Jak dla mnie cała seria OnlyBio Ritualia jest bardzo udana. Możemy z nią ułożyć sobie prawie całą pielęgnację (brakuje tylko kremu z SPFem). Są to kosmetyki o bardzo dobrych składach (o ile nie unikacie glikolu pentylenowego), o dobrej dostępności w Rossmannach, atrakcyjnej cenie jak za taki skład i większość opakowań ze szkła i o naprawdę dobrym, skutecznym działaniu. Również olejek do demakijażu, pianka i tonik przypadły mi do gustu tak jak kremy i serum. Olejek ma jedną wadę, czyli zdarza się, że szczypie w oczy, jednak ma bardzo dobre działanie i poza tym nie mam się do czego przyczepić. Ze swojej strony jak najbardziej polecam całą serię.

Zapraszam do zajrzenia do pozostałych dwóch recenzji reszty kosmetyków z serii OnlyBio Tranquility Ritualia:
Jestem mamą Krzysia i Zuzi oraz żoną Darka. Uwielbiam książki fantasy, postapo, seriale Netflixa i Outlandera. W wolnych chwilach lubię pograć na konsoli lub w jakąś planszówkę (Agricola <3). Praktykuję jogę.
Artykuł ONLYBIO Ritualia Olejek do demakijażu i masażu twarzy, jedwabista pianka myjąca i balansujący tonik do twarzy pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>