Artykuł Majowy Magiczny Bookhaul – przegląd książek pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>

Pierwszą książką jest „Anatomia Wiedźmy”, która jest jedną z tegorocznych nowości Wydawnictwa Kobiecego. Początkowo do tej książki przyciągnęła mnie okładka. Od razu zwróciła moją uwagę! Potem zaczęłam czytać opis i mnie zaciekawiła. Co prawda książka ta ma różne opinie – część jest bardzo pozytywnych, a w części czytelnicy zwracają uwagę, że nie w niej nic, czego nie wiedzieliby z innych podobnych publikacji. Ponieważ jest to moja pierwsza pozycja o tej tematyce, postanowiłam ją przeczytać i wyrobić o niej zdanie.
„Anatomia Wiedźmy” jest pięknie wydana książka. Ma twardą oprawę, klimatyczne grafiki wewnątrz, no i ta okładka! Naprawdę robi wrażenie.
Opis wydawcy:
Umysł i ciało, duchowość i cielesność, potrzebują w praktykach magicznych integracji i zespolenia. Ich osiągnięcie jest możliwe poprzez odpowiednie ćwiczenia i praktyki, które prowadzą do akceptacji ciała i uznania go za duchowe naczynie. Dzięki życiu w zgodzie ze swoją cielesnością można rozwinąć swoje magiczne umiejętności. „Anatomia wiedźmy” stanowi wyczerpujące źródło wiedzy na temat obecności magii w naszym ciele oraz informacji, jak w pełni wykorzystać jego moc.
Dowiedz się, jaką rolę w praktykach magicznych odgrywa twoje ciało oraz poszczególne jest części, w tym płuca (oddech), serce (puls i rytm), kości (siła) i umysł.
Odkryj ponownie swoje ciało, a także magię, jaka przepływa zarówno przez ciebie, jak i przez otaczający cię świat dzięki, m.in.:
-ćwiczeniom z kartami tarota i sigilami,
-codziennym rytuałom,
-praktyce oraz ruchowi.

Kilka miesięcy temu joga na dobre zagościła w moim życiu. Daje mi ogrom korzyści, o których napisałam we wpisie „Dlaczego codziennie praktykuję jogę”. Ponieważ joga to nie tylko system ćwiczeń, a także filozofia życia, postanowiłam sięgnąć po książkę „Joga – sztuka życia” Donny Farhi, aby lepiej ją poznać i przenieść duchową praktykę poza matę. Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Czarna Owca w 2020 roku.
Przed zakupem przejrzałam opinie na Lubimy czytać i pozycja ta wypada całkiem nieźle (ocena 7,7). Jestem bardzo ciekawa, co „Joga – sztuka życia” kryje w sobie :)
Opis wydawcy:
Donna Farhi, opierając się na jogasutrach Patańdżalego, prezentuje transformującą moc jogi. Czyni z niej kompletną życiową praktykę znacznie wykraczającą poza rutynowe ćwiczenie asan. Pokazuje jogę jako drogę do głębszej samoświadomości i wskazuje wszelkie pułapki i obietnice poruszania się po duchowej praktyce.
Książka napisana jest w przystępny i wciągający sposób, a dzięki wieloletnim doświadczeniu autorki w pracy własnej i z uczniami jest odpowiednia zarówno dla początkujących, jak i zaawansowanych praktyków jogi.
Pora na kolejną książce o jodze, jednak taką, która „gryzie” temat od trochę innej strony. „Joga dla czarownic” to pozycja, która ukazała się nakładem wydawnictwa Studio Astropsychologii. Zaciekawiła mnie, gdyż łączy w sobie dwa tematy, które mnie ostatnio interesują – jogę i magię.
Pobieżnie przejrzałam już tę książkę i powiem szczerze, że wygląda całkiem ciekawie. Autorka podpowiada, jakie asany wykonywać, żeby np. pozbyć się złości, tłumaczy, czym jest sankalpa, objaśnia, dzięki którym asanom można np. osiągnąć uziemienie. Podoba mi się, że poza tymi magicznymi aspektami, rytuałami, pojawiają się też informacje po prostu dotyczące jogi i związanej z nią pojęć oraz samej filozofii.
Opis wydawcy:
Książka łączy sekwencje jogi z zaklęciami i rytuałami. Przeniesie cię w fascynującą podróż i pokaże, jak możesz pogłębić swoją magiczną praktykę, podnieść witalność, znaleźć wewnętrzny spokój oraz zadbać o kondycję i zdrowie
Autorka przedstawia wiele asan dla rozwoju osobistej mocy, równowagi, długowieczności, uzdrawiania i pewności siebie. Poznasz magiczne mantry, ćwiczenia oddechowe i pozycje jogi zakorzenione w ajurwedzie. Na macie wykorzystasz też założenia naturalnej medycyny energetycznej, która oczyści Twoje czakry i wzmocni ciało.

Przedostatnią książką z mojego majowego stosiku jest „Tarot przy kuchennym stole” Melissy Cynovej. Egzemplarz, który ja mam to drugie wydanie (z 2021 roku, pierwsze jest bodajże z 2019 roku).
Prawdę mówiąc nie wiem, czy kiedykolwiek będę stawiać tarota, jednak temat ten ostatnio mnie zaintrygował. „Tarot przy kuchennym stole” wydaje się być poradnikiem, który w sposób jasny i przejrzysty tłumaczy zasady tarota.
Opis wydawcy:
Przez wiele lat Melissa Cynova starała się wypracować jak najtrafniejszą interpretację kart tarota. Zna na wylot błędy i wątpliwości, jakie są udziałem początkujących (a czasem również zaawansowanych) adeptów tej sztuki. W swojej książce obala mity na temat tarota, pokazuje, że nie wymaga on wielu specjalistycznych narzędzi, a trafne odczytanie znaczeń jest prostsze, niż może się wydawać.

Ostatnią książką jest „Psychologia pieniędzy” Morgana Housela. Jest to książka mniej magiczna, niż pozostałe cztery, ale postanowiłam włączyć ją do tego bookhaulu. Książka ta opowiada o pieniądzach, ale i o mechanizmach kierujących ludźmi w tej kwestii. W obecnych czasach przy takiej, a nie innej sytuacji gospodarczej w kraju, myślę, że warto jest pochylić się nad tematem finansów i spojrzeć na nie w inny sposób. Jestem bardzo ciekawa tego tytułu.
Opis wydawcy:
Umiejętne obchodzenie się z pieniędzmi wcale nie zależy wyłącznie od tego, co wiesz. Ważniejsze jest to, jak się zachowujesz. A zachowanie jest czymś, czego trudno nauczyć – nawet bardzo bystre osoby.
Większość ludzi myśli, że pieniądze – inwestowanie, finanse osobiste i decyzje biznesowe – to przede wszystkim matematyka. Wystarczy mieć odpowiednie dane i wzory, aby się dowiedzieć, co dokładnie należy robić. Jednak w prawdziwym życiu ludzie nie podejmują decyzji finansowych na podstawie arkuszy kalkulacyjnych. Podejmują je przy stole podczas kolacji albo na firmowym zebraniu, pod wpływem mieszanki takich czynników jak ich osobista historia, unikalny światopogląd, ego, duma, marketing i niezrozumiałe motywacje.
W „Psychologii pieniędzy” Morgan Housel – wielokrotnie nagradzany autor – przedstawia 19 krótkich historii, w których opisuje różne dziwne sposoby myślenia o pieniądzach, a także uczy, jak lepiej zrozumieć jeden z najważniejszych tematów w naszym życiu.

Jestem mamą Krzysia i Zuzi oraz żoną Darka. Uwielbiam książki fantasy, postapo, seriale Netflixa i Outlandera. W wolnych chwilach lubię pograć na konsoli lub w jakąś planszówkę (Agricola <3). Praktykuję jogę.
Artykuł Majowy Magiczny Bookhaul – przegląd książek pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Artykuł Bataty faszerowane mięsem mielonym i szpinakiem pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Przygotowywanie dania zaczynamy od upieczenia batatów. Każdego batata dobrze umyj i przekrój na pół. Przełóż bataty do naczynia żaroodpornego z odrobiną wody (ilość wody taka, aby zakrywała dno). Następnie wstaw je do piekarnia nagrzanego do około 180 stopni na około 40-60 minut w zależności od wielkości batatów i tego, jaki piekarnik posiadasz (bez termoobiegu prawdopodobnie będzie potrzeba więcej czasu).

W czasie, gdy bataty będą się piec, przygotowujemy farsz. Mięso mielone przypraw solą, pieprzem oraz majerankiem, po czym dodaj do niego 1 przeciśnięty przez praskę ząbek czosnku. Odstaw mięso na chwilę na bok.
Obierz cebulę i czosnek (pozostałe 2 ząbki), po czym pokrój w drobną kostkę (czosnek drobniej niż cebulę ;) ). Rozgrzej patelnię z odrobina oleju, po czym wrzuć na nią cebulę i czosnek. Chwilę podsmaż, a następnie dodaj mięso mielone. Do podsmażonego mięsa dodaj szpinak. Poczekaj aż się rozmrozi na patelni i dokładnie go wymieszaj z mięsem, cebulą i czosnkiem. Na koniec dodaj 2 łyżki śmietany 12% oraz pokrojoną na mniejsze kawałki mozarellę. Całość podsmaż jeszcze chwilę do połączenia wszystkich składników. Na koniec możesz dodać odrobinę soli i pieprzu, jeśli jest taka potrzeba. Szpinak potrzebuje dobrego doprawienia, aby nie był mdły.
Upieczone na miękko bataty delikatnie wydrąż. Otrzymany miąższ możesz dodać do farszu albo po prostu zjeść :) Do każdej połówki batata nałóż odpowiednią ilość farszu i wstaw ponownie do piekarnika na kilka minut, aby danie było ciepłe. Jeśli zostało Ci trochę farszu, to świetnie nadaje się on również do zjedzenia np. z makaronem.
Jestem mamą Krzysia i Zuzi oraz żoną Darka. Uwielbiam książki fantasy, postapo, seriale Netflixa i Outlandera. W wolnych chwilach lubię pograć na konsoli lub w jakąś planszówkę (Agricola <3). Praktykuję jogę.
Artykuł Bataty faszerowane mięsem mielonym i szpinakiem pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Artykuł Karty Wyrocznia Mocy Bogiń – Colette Baron-Reid pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Ludzie od zawsze poszukiwali wsparcia, pomocy w ciężkich chwilach, znalezieniu odpowiedzi na różne pytania, czy też podejmowaniu pewnych decyzji. Dla części osób taką formą wsparcia jest modlitwa, a część skłania się ku innym formom. Nie ma tu jednak, co czarować, wróżby zawsze cieszyły się popularnością i wiele osób decydowało i decyduje się na skorzystanie z możliwości zajrzenia w przyszłość za pomocą kart.
Karty Wyroczni kojarzą się z tarotem, jednak uznawane są za „luźniejsze”. Tarot jest pewnym określonym systemem. Każda talia ma określoną liczbę kart: 22 Arkanów Wielkich i 56 Arkanów Małych. Stawiając tarota, pewna część przepowiedni zależy od tarocisty, od tego w jaki sposób odczyta symbole, jednak porusza się on po określonym ramach. Ponadto tarot często kojarzy się z czymś cięższym, poważniejszym. Obrósł w wiele mitów i uprzedzeń.

Karty Wyroczni wydają się być czymś bardziej miękkim i o wiele prostszym w użytkowaniu. Tak naprawdę potrzebujemy tylko książeczki, która zawsze jest dołączona do kart i chwili czasu do namysłu, przemyślenia przepowiedni, którą oferuje nam wybrana karta.

Aby skorzystać z pomocy Kart Wyroczni, musimy zadać im pytanie. Ja myślę o swoim pytaniu, tasując karty. Ważne jest, aby w talii znalazły się karty zarówno w pozycji prostej, jak i odwróconej, czyli tak jakby „do góry nogami”. Po przetasowaniu talii możemy albo ułożyć karty w ustalonym rozkładzie, albo wyjąć po prostu jedną kartę. Jest to najprostszy sposób na skorzystanie z mocy Wyroczni.

Jeśli decydujesz się na skorzystanie z danego układu kart, przepowiednia będzie bardziej złożona. Pojawiają się dodatkowe odpowiedzi, pytania. Przykładowo pierwsza karta w rozkładzie będzie mówić o tym, co powinnaś wiedzieć teraz, druga o tym, co muszę zrobić, aby osiągnąć daną rzecz, a trzecia o tym, co może się wydarzyć. To oczywiście tylko jedna z możliwości rozkładania kart i uzyskiwania z nich odpowiedzi. Istnieje wiele różnych opcji rozkładu kart i ich odczytu.

Po wyłożeniu kart znajdujemy ich znaczenie po numerku w dołączonej do talii książeczki. Ważne jest, aby zwrócić uwagę w jakiej pozycji jest dana karta. Odczytujemy wtedy odpowiednią wskazówkę – w przypadku Wyroczni Mocy Bogiń jest to albo „Przekaz mocy” dla karty w linii prostej lub „Przekaz wsparcia” dla karty odwróconej. Poszczególne talie mogą mieć to inaczej rozdzielone, np. w przypadku kart Mądrość Ukrytych Królestw jest to przekaz „Sprzymierzeniec” lub „Wyzwanie”.

Na rynku dostępnych jest naprawdę mnóstwo różnych kart Wyroczni. Są to np. talie roślinne, zwierzęce, z aniołami, runami… Mają różną formę, liczbę kart w talii, symbolikę, genezę powstania. Opcji jest naprawdę wiele. Mnie jednak przyciągnęła talia kart Wyroczni Mocy Bogiń…


Wyrocznia Mocy Bogiń to 52 kart z boginiami z całego świata. Nie są ograniczone wyłącznie bogiń greckich lub rzymskich, które, jeśli chodzi ogólnie o temat wierzenia w bogów, jako pierwsze zazwyczaj nasuwają się na myśl. Colette Baron-Reid w swoich kartach zamieściła również boginie japońskie (np.Uzume, Benzaiten), hinduskie (np. Saraswati, Shakti), nordyckie (np. Skuld, Freya), inkaskie (np. Mama Cocha), celtyckie (np. Elen, Brigid, Danu), indiańskie (np. Kobieta Cielęcia Białego Bizona), egipskie (np. Izyda), aborygeńskie (np. Yhi). Bogiń jest aż 52, więc to naprawdę spory zbiór!

W pudełeczku Wyroczni jest również książeczka, która wyjaśnia znaczenie poszczególnych kart. Autorka wykorzystała swoją wiedzę o boginiach całego świata i połączyła z doświadczeniem oraz umiejętnością przeniesienia tej wiedzy na karty Wyroczni. Książeczka liczy 191 stron. Na początku mamy wstęp, w którym Colette Baron-Reid wyjaśnia, dlaczego stworzyła taką kobiecą talię (więcej o tym w dalszej części wpisu). Następnie przechodzi do omówienia, w jaki sposób korzystać z mocy kart, jak zadawać pytania oraz jakie są możliwe rozkładu kart. Podpowiada jak odczytywać wskazówki oferowane przez boginie, kiedy korzystać z „Przekazu mocy”, a kiedy z „Przekazu wsparcia”.

Przyjrzyjmy się teraz bliżej samym kartom i przedstawionym im wizerunkom bogiń. Muszę przyznać, że od strony wizualnej karty Wyroczni Mocy Bogiń prezentują się przepięknie, magicznie. Te grafiki mają w sobie coś, co mnie przyciąga i sprawia, że mam ochotę im się przyglądać. Są naprawdę pięknie wykonane zarówno graficznie, jak i symbolicznie. Bardzo wpasowują się w mój gust i estetykę, którą lubię.

Karty są grube, sztywne. Dobrze się je tasuje i jednocześnie nie muszę się obawiać, że się szybko zniszczą. Mają piękny rewers i złocenia na brzegach. Naprawdę prezentują się wspaniale. Karty i książeczka zamknięte są w dość solidnym kartonowym pudełku.

Bardzo spodobała mi się motywacja autorki do stworzenia kart bogiń. Colette Baron-Reid zwraca uwagę na „wyraźne nadużycia panujące w modelu patriarchalnym” i zauważa zmianę dyskursu na temat praw kobiet oraz wynikającą z tego potrzebę wsparcia kobiet. Cytat na początku uważam za naprawdę piękny, wartościowy i bliski memu sercu.

Autor tego cytatu Abdu`l-Baha żył na przełomie XIX i XX wieku. Jak widać mimo, że upłynęło ponad 100 lat od tego czasu, nadal temat równości kobiet i mężczyzn nie jest do końca uregulowany i jest naprawdę ogromnie dużo do zrobienia w tej kwestii. Colette Baron-Reid twierdzi, że ponownie należy znaleźć sposób na połączenie pierwiastka żeńskiego i męskiego oraz pozbyć się podziałów i ograniczeń ze względu na płeć.
Według mnie Wyrocznia Mocy Bogiń to talia kart naprawdę warta zakupu. W zestawie mamy 52 karty i książeczkę z wyjaśnieniem ich znaczeń. Karty są dobrej jakości, dobrze się tasują, a do tego wyglądają naprawdę przepięknie. Cieszę się również, że talia ta jest tak duża i że Colette Baron-Reid uwzględniła w niej nie tylko te najpopularniejsze boginie. Dzięki temu poznałam nowe boginie z wierzeń z całego świata.

Omówienia kart są wyczerpujące, nie spodziewaj się jednak oczywistych odpowiedzi. Są to wskazówki, słowa do przemyślenia, wsparcie do podjęcia jakiejś decyzji, albo po prostu rada wypowiedziana, ale nie wprost. Karty dają pewną podpowiedź, ale to, co Ty z tym zrobisz, zależy tylko od Ciebie. W moim przypadku wskazówki, które otrzymałam okazały się trafne. Przy odpowiedniej pracy z kartami, można naprawdę wyciągnąć wiele dobrego dla siebie. Ja jestem bardzo zadowolona z wyboru akurat talii kart Wyroczni Mocy Bogiń.

Zdjęcia kart Wyroczni Mocy Bogiń zrobione zostały na przepięknej macie do jogi Moonholi Magic.
Jestem mamą Krzysia i Zuzi oraz żoną Darka. Uwielbiam książki fantasy, postapo, seriale Netflixa i Outlandera. W wolnych chwilach lubię pograć na konsoli lub w jakąś planszówkę (Agricola <3). Praktykuję jogę.
Artykuł Karty Wyrocznia Mocy Bogiń – Colette Baron-Reid pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Artykuł Moje TOP 5 kremów z filtrem SPF 50 pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>
Krem z filtrem Frudia to był dla mnie totalny game changer. Kremy z wysoką ochroną przeciwsłoneczną kojarzyły mi się z gęstą, ciężką konsystencją, bieleniem i specyficznym zapachem (taki był mój pierwszy SPF do twarzy – Sunbrella – źle go wspominam). Gdy moje ręce trafił filtr Frudia, totalnie odmienił moje postrzeganie tego rodzaju kosmetyków.
Ma świetną, lekką formułę. Nie bieli, nie tłuści i pięknie pachnie. Do tego zapewnia najwyższą ochronę przed UVA: PA++++ oraz UVB: SPF50+. Krem ten niestety zawiera glikole i Disodium EDTA, których staram się unikać, ale w przypadku kremu z filtrem bardziej zwracam uwagę na to, czy dobrze mi się go używa. Ma za to garść świetnych składników pielęgnacyjnych, takich jak niacynamid, olej z pestek moreli, z pestek winogron, kwas hialuronowy, czy też dobroczynne esktrakty. Dodatkowo Frudia ma przystępną cenę. Ostatni raz, jak ją kupowałam, płaciłam jedyne 27,50zł.
Niestety obecnie jest trudno dostępny, ale być może ponownie trafi na sklepowe półki. Ja się cieszę, że mam jeszcze jedno opakowanie w zapasie :)
Tutaj —> pełna recenzja kremu z filtrem Frudia SPF50.

Kolejny krem z filtrem SPF50, którzy należy do moich ulubieńców to nowość od marki Nivea z serii Luminous. To niezwykle lekki krem, który świetnie się sprawdzi przy cerze mieszanej, tłustej, skłonnej do niedoskonałości. Czasami jest dla mnie aż za lekki i potrzebuję dodatkowego nawilżenia, zanim zamknę nim pielęgnację.
Poza filtrami przeciwsłonecznymi Nivea Luminous zawiera tiamazol, dzięki czemu skutecznie zmniejsza przebarwienia. Do tego mamy tapiokę, która matuje skórę oraz witaminę E, nawilżający kwas hialuronowy i glicerynę. Regularna cena kremu Nivea Luminous to 79,99zł, jednak można trafić za promocję i wtedy jest to koszt w okolicach 50-60zł. Jest dostępny w Rossmannie, Hebe, Naturze, SuperPharm.
Tutaj –> pełna recenzja kremu z filtrem SPF50 Nivea Luminous

Następnym wartym uwagi kremem SPF50 jest Asoa z filtrem chemicznym. Mają jeszcze wersję z filtrami mineralnymi, ale jest on trochę cięższy w aplikacji. Za to ten z filtrami chemicznymi nie dość, że zapewnia najwyższą ochronę przeciwsłoneczną SPF50+ i PA++++, to zawiera jeszcze ekstrakt z wąkroty azjatyckiej, kwas hialuronowy i niacynamid.
Krem Asoa jest rzeczywiście ultralekki i fajnie nawilżający. Podobnie jednak jak w przypadku Nivea Luminous to nawilżenie jest dla mnie czasem zbyt małe i muszę pod spód nałożyć treściwszy krem. Ta lekkość będzie jednak super dla osób z cerą, która mocniej się przetłuszcza i wymaga naprawdę nieobciążającego kosmetyku.
Krem Asoa należy do droższych SPFów. Na stronie marki jest w cenie 98zł. Ja jednak swój kupiłam sporo taniej w Drogerii Pigment. Jeśli chodzi o dostępność, to trzeba go raczej szukać w interentowych drogeriach i na Allegro, chociaż można kupić również w Douglasie online. Nie wiem, jednak, czy występuje w Douglasie stacjonarnie.
Tutaj –> pełna recenzja kremu z filtrem chemicznym Asoa SPF50 PA++++

Przedostatnim kremem z filtrem, który bardzo lubię jest ten z Cosrx z aloesem. Zapewnia najwyższą ochronę przed promieniowaniem UVB – na poziomie SPF50+ i wysoką ochronę przed UVA – PA+++. Krem zamknięty jest w wygodnej tubce o pojemności 50ml. Koszt tego kremu z filtrem to około 60-70zł. Dostępny jest raczej internetowo.
Krem Cosrx ma delikatny, przyjemny zapach. Konsystencja jest taka jak lubię – nie jest ani zbyt gęsty, ani lejący się. Skóra po jego użyciu jest gładka, miękka i jakby ukojona. Fajnie nadaje się pod makijaż i dobrze współgra z podkładem. Nie tłuści i nie bieli.
W składzie mamy m.in. łagodzący wyciąg z aloesu, witaminę E i nawilżającą glicerynę. Nie jest to jednak skład naturalny, gdyż zawiera np. Disodium EDTA, czy też glikole.

No i na koniec pozostał nam krem – żel od Skin79. Niezwykle lekki, idealny dla cer przetłuszczających się. Zapewnia najwyższą ochronę przeciw UVA i UVB. W składzie poza filtrami mamy kilka składników pieklęgnujących takich jak przeciwzapalny i łagodzący ekstrakt z wąkroty azjatyckiej, odżywczy wyciąg z pstrolistki sercowatej oraz nawilżający wyciąg z nasion chia.
Krem SPF50 ze Skin79 pozostawia lekką, błyszczącą warstewkę, którą łatwo przykryć pudrem. Jest niesamowicie lekki i bardzo szybko się wchłania. Czasami potrzebuję nałożyć pod niego dodatkową warstwę nawilżenia w postacie serum lub kremu na noc. SPF od Skin79 świetnie współgra z podkładkami i pudrami. Dobrze nadaje się pod makijaż.
Koszt kremu z filtrem do Skin79 to 69zł za 50ml. Można go jednak złapać na fajnej promocji. Mi się raz udało go kupić nawet za 40zł. To naprawdę świetna cena, jak za taką ochronę przeciwsłoneczną i komfort używania.

Korzystaliście z tych kremów z filtrem? Czy może macie jakiś inny, ciekawy krem do polecenia?
Wszystkie kremy z filtrem, jakie przetestowałam i o nich napisałam znajdziecie pod tym linkiem: Kremy z filtrem SPF50
Na mojej liście do testów jest jeszcze kilka ciekawych opcji, m.in. emulsja od Basiclab, czy też satynowy krem z Bielendy. Jak tylko będę po testach, podzielę się swoją opinią :)
Jestem mamą Krzysia i Zuzi oraz żoną Darka. Uwielbiam książki fantasy, postapo, seriale Netflixa i Outlandera. W wolnych chwilach lubię pograć na konsoli lub w jakąś planszówkę (Agricola <3). Praktykuję jogę.
Artykuł Moje TOP 5 kremów z filtrem SPF 50 pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Artykuł Nowy krem z filtrem od Lirene – Oh, just peachy! SPF 30 pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Ochrona przeciwsłoneczna w Peachy SPFie oparta jest na stabilnych filtrach chemicznych: Octisalate, Uvinul A Plus, Tinosorb S, Bemotrizinol. Poza działaniem ochronnym przed promieniowaniem, krem Lirene ma również właściwości pielęgnacyjne, a to dzięki kilku naprawdę ciekawym, dobroczynnym składnikom.

Lekki krem SPF 30 od Lirene zawiera olej z pestek brzoskwini, który przyjemnie wygładza i zmiękcza skórę. Jest źródłem nienasyconych kwasów tłuszczowych, które działają antyoksydacyjnie. Polecany jest dla cery wrażliwej. Kolejnym olejem w składzie jest olej z pestek słonecznika, który dobrze współgra z każdym typem cery. Ma działanie nawilżające i ochronne.

Z ciekawszych składników w SPFie od Lirene mamy również ceramidy, które zwane są cementem międzykomórkowym, ponieważ chronią przed ucieczką wody z naskórka i tworzą barierę ochronną. Godne uwagi są również resweratol o działaniu przeciwstarzeniowym, niacynamid, który reguluje pracę gruczołów łojowych i skutecznie wyrównuje koloryt skóry oraz nawilżającą argininę. Całość wzbogacona jest witaminą C w formie Ascrobic Acid, która dobrze współgra z filtrami przeciwsłonecznymi, podbijając ich działanie, a do tego działa przeciwzapalnie i redukuje przebarwienia. Uważam, że witamina C to naprawdę świetny składnik i cieszę się, jak trafia do kosmetyków.

W składzie znalazły się również wyciągi:
Krem zawiera glikole (Butylene Glycol, Propylene Glycol) oraz PEG, jeśli więc unikasz tych składników, to nie będzie to krem dla Ciebie.

Aqua (Water), Glycerin, C12-15 Alkyl Benzoate, Dibutyl Adipate, Ethylhexyl Salicylate, Butylene Glycol, Diethylamino Hydroxybenzoyl Hexyl Benzoate, Potassium Cetyl Phosphate, Propanediol, Alcohol Denat., Methylene Bis-Benzotriazolyl Tetramethylbutylphenol (nano), Pentylene Glycol, Bis-Ethylhexyloxyphenol Methoxyphenyl Triazine, Acrylates/C12-22 Alkyl Methacrylate Copolymer, Cetyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Niacinamide, Glycine Soja (Soybean) Seed Extract, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Fruit Extract, Zinc PCA, Ceramide NG, 3-O-Ethyl Ascorbic Acid, Lecithin, Lonicera Caprifolium Flower Extract, Lonicera Japonica Flower Extract, Resveratrol, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Dimethicone, Prunus Persica (Peach) Kernel Oil, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, PEG-240/HDI Copolymer Bis-Decyltetradeceth-20 Ether, Hydroxyacetophenone, Decyl Glucoside, Arginine, Xanthan Gum, Coco-Glucoside, Disodium Lauryl Sulfosuccinate, Propylene Glycol, Tocopherol, Potassium Laurate, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Benzoic Acid, Parfum (Fragrance), CI 19140 (FD&C Yellow No. 5), CI 16035 (FD&C Red No. 40)

Moje wrażenia ze stosowania kremu z filtrem SPF 30 od Lirene są bardzo dobre. Krem jest rzeczywiście lekki, przyjemny w konsystencji i łatwo się rozprowadza. Pozostawia skórę przyjemnie nawilżoną, miękką i gładką. Na początku czuć pewien delikatny film na skórze, jednak nie jest on uciążliwy i szybko się wchłania. Co jest bardzo ważne w przypadku kremów z filtrem, Lirene Peachy SPF nie bieli, dzięki zawartości filtrów chemicznych i nie tłuści, a jednocześnie ma fajne właściwości pielęgnacyjne. To super, że trafiły do niego składniki takie jak olej z pestek brzoskwiń, ceramidy, niacynamid, resweratol, witamina C oraz wyciągi.

Krem na jasnopomarańczowy kolor i delikatny, brzoskwiniowy zapach. Nie jest on absolutnie nachalny. Wręcz przeciwnie. Spodziewałam się, że będzie intensywniejszy ze względu na to, że to brzoskwinia gra główną rolę w komunikacji serii, a jest jak dla mnie małowyczuwalny. Nie przeszkadza mi to, mimo, że lubię pachnące kosmetyki. Krem ma również wygodne opakowanie – tubkę. Co ważne nie wkładamy palców do słoiczka i nie zanieczyszczamy w ten sposób kosmetyku. Tubka jest naprawdę komfortowa w użytkowaniu.

Jeśli chodzi o to, jak krem Lirene Peachy SPF 30 sprawuje się z makijażem, to tu też jest naprawdę dobrze. Już po niedługim czasie od nałożenia kremu można przystąpić do nakładania makijażu. Nic się nie roluje, nie tłuści. Make up wygląda naprawę ładnie. Jestem zadowolona z uzyskanego efektu.

Dodatkową zaletą SPFu od Lirene jest jego cena. Sugerowana przez markę to 29,99zł za 50ml, ale można go znaleźć w Internecie taniej nawet za 21-25zł. Nie ma więc tu wymówek, aby nie stosować kremu z filtrem z powodu wysokiej ceny. To jest krem, który fajnie nadaje się pod makijaż, ma dobrą dostępność (w SuperPharm, w Rossmanie, w Hebe, na Allegro) i przystępną cenę.

Lekki krem nawilżający SPF 30 Oh, just so peachy! od Lirene jest naprawdę fajną opcją, jeśli chodzi o ochronę przeciwsłoneczną. Jest rzeczywiście lekki, dobrze współgra z makijażem. Do tego jest łatwo dostępny i stacjonarnie i internetowo i ma przystępną cenę. Jeśli jeszcze się wahasz, czy zacząć korzystać z kremu z filtrem na co dzień, to myślę, że ten Peachy SPF powinien skutecznie Cię przekonać. Ja zdecydowanie go polecam :)
Jestem mamą Krzysia i Zuzi oraz żoną Darka. Uwielbiam książki fantasy, postapo, seriale Netflixa i Outlandera. W wolnych chwilach lubię pograć na konsoli lub w jakąś planszówkę (Agricola <3). Praktykuję jogę.
Artykuł Nowy krem z filtrem od Lirene – Oh, just peachy! SPF 30 pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Artykuł Anty Tarka – naturalny krem do stóp pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Na pierwszym miejscu w składzie kremu Anty Tarka mamy mocznik i to w stężeniu 30%, dzięki któremu poza nawilżeniem i zmiękczeniem skóry, również ją złuszcza. Mocznik jest bardzo popularnym składników kosmetyków do stóp, gdyż działa naprawdę fajnie na skórę w tym miejscu.

Dalej w składzie mamy moc odżywczych, regenerujących składników. Olej kokosowy świetnie pielęgnuje skórę suchą, szorstką. Wspaniale zmiękcza i nawilża. Lanolina, czyli sebum owiec, zmiękcza i zabezpiecza skórę. Gliceryna i alkohol cetylowy natłuszczają. Panthenol działa łagodząco na podrażnienia i wspomaga gojenie ran. Kwas mlekowy usuwa martwy naskórek, a witamina E nawilża skórę.

Skład tego kremu prezentuje się naprawdę dobrze. Nie ma tutaj jakichś zbędnych polepszaczy. Wszystko jest przemyślane i ukierunkowane na maksymalne nawilżenie zregenerowanie skóry stóp.
Urea, Aqua, Cocos Nucifera Oil, Lanolin, Glycerin, Cetyl Alcohol, Sodium Lactate, Cetearyl Olivate, Sorbitan Olivate, Triacetin, Panthenol, Mentha Piperita Oil, Tocopheryl Acetate, Lactic Acid, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Limonene, Linalool.

Krem Anty tarka zamknięty jest w szklanym słoiczku o pojemności 50ml. Wystarczy to jednak na dłuższy czas stosowania, gdyż krem ten jest bardzo wydajny. Konsystencja Anty tarki jest dość zbita, gęsta, ale sam krem jest aksamitny i gładki w dotyku. Zapach jest miętowy za sprawą olejku eterycznego z mięty pieprzowej.

Doskonale rozprowadza się go po skórze stóp i bardzo dobrze się wchłania. Już po użyciu czuć przyjemną miękkość i gładkość. Używanie tego kremu jest naprawdę wygodne. Po nałożeniu go na stopy można wytrzeć dłonie w chusteczkę i spokojnie poczekać aż się wchłonie, czytając książkę, czy też przeglądając coś na smartfonie. Po dłuższym czasie stosowaniu uzyskujemy naprawdę super miękką skórę na stopach. Jest świetnie nawilżona i odżywiona. Jestem bardzo zadowolona!

Krem do stóp Anty Tarka marki Opcja Natura można zakupić w Internecie. Cena za 50ml to 29,90zł. W tej cenie otrzymujemy skuteczną kurację na suche i popękane pięty o fajnym, naturalnym składzie. Moim zdaniem naprawdę warto.
Korzystanie z pumeksu nie jest korzystne dla skóry naszych stóp, gdyż jest to działanie zbyt mocne. Możemy w ten sposób uszkodzić naskórek, a nadmiernie go ścierając, powodujemy zwiększenie narastania. Podobnie lepiej nie korzystać ze skarpet złuszczających, które zakłada się na noc. Mogą po nich wystąpić podrażnienia zwłaszcza w tych delikatniejszych miejscach na stopach, np. między palcami. Przecież tam raczej nie mamy zrogowaciałej skóry, a taka skarpetkach działa na całą powierzchnię. Poza tym mam wrażenie, że efekt jest jednak krótkotrwały.

Najlepiej zadbać o odpowiednie nawilżenie skóry. Warto po każdej kąpieli posmarować stopy odpowiednim kremem przeznaczonym do ich pielęgnacji. Anty Tarka świetnie się do tego nadaje :) Zawiera dobroczynne składniki takie jak lanolina, mocznik, panthenol, gliceryna… Do tego warto poświęcić chwilę i wmasować krem w stopy (albo poprosić o taki krótki masaż partnera :) ). Nie dość, że jest to po prostu przyjemne, to dodatkowo poprawiamy krążenie.
Jestem mamą Krzysia i Zuzi oraz żoną Darka. Uwielbiam książki fantasy, postapo, seriale Netflixa i Outlandera. W wolnych chwilach lubię pograć na konsoli lub w jakąś planszówkę (Agricola <3). Praktykuję jogę.
Artykuł Anty Tarka – naturalny krem do stóp pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Artykuł 365 dni. Ten dzień – recenzja filmu na podstawie książki Blanki Lipińskiej pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Głównymi bohaterami historii Blanki Lipińskiej są Laura Biel i Massimo Toricelli. Dla przypomnienia – Massimo porwał Laurę i dał jej 365 dni na pokochanie go. Początkowo Laura próbuje uciec i opiera się przystojnemu mafiozowi, jednak z czasem ulega jego urokowi osobistemu i zakochuje się. Chciałoby się powiedzieć, że żyli długo i szczęśliwie, jednak „365 dni” kończy się cliffhangerem – widzimy, że samochód z Laurą w środku ulega wypadkowi.

„365 dni. Ten dzień” zaczyna się w dniu ślubu Laury i Massimo. To nic, że pierwsza część zakończyła się wypadkiem Laury, o którym wspomniano może dwa słowa. Tak po prostu, gładko przechodzimy do wesela. Potem mamy podróż poślubną przepełnioną seksem. Jedna ze scen erotycznych igraszek na polu golfowym stała się nawet memem.

Później nowożeńcy wracają do domu na Sycylię i okazuje się, że Laurze nie do końca odpowiada codzienność z Massimo. Czuje się pomijana i zaniedbana przez męża. No i wtedy wkracza Nacho, który jako ogrodnik (sic!) przedziera się do rezydencji rodziny Toricelli. Nikt z mafijnej świty Massimo nie poznaje, że Nacho to syn bossa innej mafii. Co ciekawe, Laura po właściwie jednym flircie decyduje się uciec z nim z Sycylii, kiedy wydaje jej się, że Massimo ją zdradził. Nie, nie próbuje porozmawiać z mężem, po prostu wyrzuca telefon w przepaść i jedzie z obcym facetem – swoim ogrodnikiem – do jego domu. Oczywiście Nacho i Laura czują do siebie miętę i dość szybko konsumują relację.

To, co trzeba „365 dniom” oddać to zdecydowanie przepiękne widoki i ujęcia. Sycylia została przedstawiona naprawdę wspaniale. Pod kątem wizualnym „365 dni” jest bardzo przyjemne. Scenografia jest dopracowana, stroje dobrze dobrane i całość naprawdę prezentuje się estetycznie ładnie.

Szkoda, że wszystko to zestawione jest z drętwymi dialogami, brakiem logiki i spójności i koszmarnym pomysłem na fabułę. Niestety w całym filmie brakuje jakiegoś logicznego ciągu przyczynowo-skutkowego. To po prostu nie trzyma się kupy. Przez większość filmu miałam w głowie jedno „WTF?!”. Brakowało jakiegoś podłoża, czegoś, co by sprawiło, że widz podczas oglądania nie zastanawia się, jak bardzo jest to nierealne, bezpodstawne to, co się wydarzyło.

I o ile „365 dni” można by spróbować określić rodzajem masochistycznego guilty pleasure, to jej kontynuacja to jest w ogóle jakieś totalne nieporozumienie. Większość filmu nakręcona została jak teledysk – mamy np. zlepek różnych scen z podróży poślubnej z podłożoną muzyką. Dialogi po prostu leżą i kwiczą.
Powiedzmy, że pierwsza część miała bardzo skąpą, ale mimo wszystko jakąś fabułę, jakiś pomysł, to tutaj wszystko jest jakieś takie… głupie, jakby dokładane na prędce, aby coś po prostu się działo. Mamy sielankę, ale trzeba dodać jakieś komplikacje, no i bach – pojawia się nowy czarny charakter. Oczywiście wszystko kręci się wokół Laury – zarówno Nacho, jak i Massimo są w niej zakochani. Wrogowie Massima celują w Laurę, bo wiedzą, że to słabość mafioza. Laura, Laura, Laura ;)

Z jednej strony rozumiem popularność serii „365 dni”. To film erotyczny z pięknymi ludźmi, pięknymi krajobrazami, muzyką. Seks zawsze dobrze się sprzedawał. Dokładając do tego przystojnego mafioza, motyw kopciuszka, który zdobył serce przystojnego, sycylijskiego bossa oraz zniewolenie, które jest fantazją erotyczną części kobiet, mamy hitowy film. Z drugiej jednak strony niezmiernie mnie dziwi, jak tak nielogiczna, uboga historia z drętwymi dialogami, może podbić serca tak wielu ludzi. Do tego jest to seria, która jest najzwyczajniej w świecie szkodliwa, gdyż normalizuje przemoc seksualną, zniewolenie i przymus. Mimo, że w drugiej części twórcy od tego odeszli, nie zmienia to faktu, że pojawiło się w pierwszej i rzutuje na całą serię.
Jak dla mnie „365 dni. Ten dzień” to film nie warty uwagi. Brakuje mu logiki w zdarzeniach, składnych dialogów i po prostu sensownej fabuły.
Jestem mamą Krzysia i Zuzi oraz żoną Darka. Uwielbiam książki fantasy, postapo, seriale Netflixa i Outlandera. W wolnych chwilach lubię pograć na konsoli lub w jakąś planszówkę (Agricola <3). Praktykuję jogę.
Artykuł 365 dni. Ten dzień – recenzja filmu na podstawie książki Blanki Lipińskiej pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Artykuł Puszyste ciasto drożdżowe z malinami i kruszonką pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>
Zaczynamy od postawienia zaczynu drożdżowego. Będziesz potrzebować miseczki, w której zaczyn będzie mógł urosnąć. Odlej pół szklanki ciepłej wody i dodaj do niej drożdże. Jeśli korzystasz ze świeżych, dobrze je rozkrusz i rozprowadź w wodzie. Suche drożdże również należy dobrze rozpuścić. Następnie dodaj łyżeczkę cukru białego i łyżkę mąki. Dobrze wymieszaj, starając się, aby nie zostały grudki. Zaczyn nakryj ściereczką lub ręcznikiem papierowym i odstaw w ciepłe miejsce na około 15 minut.

Zabieramy się za ciasto. Do sporej wielkości miski wsyp odważoną mąkę, cukier, olej i resztę ciepłej wody (około 400ml). Całość wymieszaj łyżką, po czym dodaj wyrośnięty zaczyn. Ponownie wymieszaj. Teraz pora na wyrabianie. Najwygodniej i najszybciej użyć miksera ze specjalnymi śmigłami do ciasta drożdżowego. Jeśli nie masz takiej możliwości, możesz wyrobić ciasto ręką. Będzie to jednak trochę dłużej trwało i wymagało od Ciebie więcej wysiłku:) Ciasto będzie dość klejące i gęste, wręcz ciągnące się. Gdy uzyskasz już gładką masę, przełóż ciasto do foremki, w której będziesz je piec, nakryj ściereczką i odstaw w ciepłe miejsce (ważne, aby nie stało w przeciągu, dlatego ja też je chowam do wyłączonego piekarnika) na około godzinę. W tym czasie ciasto powinno urosnąć (około dwukrotnie powiększy swoją objętość).


W czasie, gdy ciasto będzie rosło możemy przygotować kruszonkę. Ja korzystam z tej samej miski, w której przygotowywałam ciasto drożdżowe.
Margarynę, mąkę i cukier dodaj do miski i wymieszaj dokładnie mikserem. Powstanie sypka kruszonka. Ważne jest , aby rozbić wszystkie grudki margaryny. Jeśli mimo miksowania, nadal zostają pozbijane grudki margaryny, dodaj odrobinę mąki i dalej miksuj. Warto poświęcić chwilę na dokładne wyrobienie kruszonki, gdyż jeśli nie będzie wystarczająco sypka, może obciążyć ciasto. Gotową kruszonkę odstaw do lodówki do czasu aż ciasto drożdżowe wyrośnie.

Po godzinie przełóż ciasto drożdżowe do blachy wyłożonej papierem do pieczenia lub wysmarowanej margaryną i posypanej bułką tartą. Ja mam blachę prostokątną 25x31cm. Posyp ciasto rozmrożonymi malinami, a następnie kruszonką. Tak przygotowane ciasto wstaw do nagrzanego do około 10 stopni piekarnika na około godzinę. Ja mam piekarnik gazowy, który grzeje tylko od dołu, więc u mnie ten czas dłuższy. W piekarniku z termoobiegiem ciasto powinno być gotowe szybciej.
Czy ciasto jest gotowe, możesz sprawdzić wbijając w nie wykałaczkę lub inny patyczek. Gdy po wyjęciu będzie suchy, oznacza, że ciasto jest gotowe. Gdy mokry, oznacza, że potrzebuje jeszcze kilku chwil w piekarniku :)


Jestem mamą Krzysia i Zuzi oraz żoną Darka. Uwielbiam książki fantasy, postapo, seriale Netflixa i Outlandera. W wolnych chwilach lubię pograć na konsoli lub w jakąś planszówkę (Agricola <3). Praktykuję jogę.
Artykuł Puszyste ciasto drożdżowe z malinami i kruszonką pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Artykuł Kwiecień 2022 – podsumowanie pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>

Drugi wpis dotyczy jednej konkretnej maty do jogi Illumination od Moonholi, którą otrzymałam w ramach współpracy z marką


Jestem mamą Krzysia i Zuzi oraz żoną Darka. Uwielbiam książki fantasy, postapo, seriale Netflixa i Outlandera. W wolnych chwilach lubię pograć na konsoli lub w jakąś planszówkę (Agricola <3). Praktykuję jogę.
Artykuł Kwiecień 2022 – podsumowanie pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>Artykuł „Pucio na wsi” Marta Galewskiej-Kustry – nowa książka ulubieńcem dzieci pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>W najnowszej książeczce z serii Pucio wraz z siostrą Misią przyjeżdżają na wieś do babci i dziadka. Ich rodzice i Bobo zostają w mieście i dołączają do nich dopiero na przygotowywany przez mieszkańców wsi festyn. I to właśnie wokół festynu kręcą się wydarzenia w książeczce.

Pucio i Misia na wsi w ogóle się nie nudzą. Razem z babcią i dziadkiem odwiedzają różnych sąsiadów, którzy zajmują się różnymi ciekawymi rzeczami. Wspólnie pieką chleb w prawdziwym ceglanym piecu, zbierają warzywa i owoce z krzaczków, przygotowują miód, gotują konfitury, a nawet lepią miseczki z gliny u sąsiadki, która prowadzi agroturystykę. Na wsi nie brakuje oczywiście zwierząt – dzieci po raz pierwszy widzą tylko co urodzonego źrebaka, zbierają jajka od kur, czy też pomagają w sprzątaniu stodoły, w której mieszkają krowy i świnki. Na koniec wszyscy biorą udział w prawdziwym festynie ze stoiskami z wiejskimi pysznościami, muzyką i tańcami.

Na każdych dwóch stronach „Pucia na wsi” mamy główną ilustrację z pasującym do niej fragmentem historii. U dołu znajduje się pasek, na którym wydzielone są zadania dla dzieci młodszych 2-3 letnich oraz dzieci starszych 3-6 letnich. Te prostsze zadania skierowane są do dzieci, które dopiero zaczynają przygodę z mówieniem lub mają opóźniony rozwój mowy. Dotyczą przede wszystkim wskazywania poszczególnych rzeczy na ilustracji i odpowiadania na pytania, np. jak robi młotek, jak mówi koń itp. W ten sposób poprzez zabawę uczą się i utrwalają mowę.

Zadania dla starszych dzieci dotyczą np. znajdowania i wskazywania wszystkich zwierząt na obrazku, odpowiadania na pytania, np. co się dzieje na ilustracji, dlaczego jest tak, a nie inaczej. Wymagają rozumienia przeczytanego tekstu, ciągu przyczynowo-skutkowego, uwagi oraz pamięci słuchowej. To bardzo dobry trening mówienia, opowiadania.
To, co bardzo spodobało mi się w najnowszym „Puciu” to to, że wieś nie jest tutaj przedstawiona w najprostszy sposób. Mamy nie tylko koszenie zboża kombajnem i zbieranie warzyw, ale też garncarstwo, pszczelarstwo, wspólne pieczenie chleba i festyn. Dzieci dowiadują się naprawdę ciekawych informacji o wsi i tego, co można tam robić. W „Puciu na wsi” ta wieś jest bardzo interesującym miejscem, w którym trudno się nudzić.

Do tego bardzo podoba mi się odejście od stereotypowych ról – sołtyską wsi jest babcia Pucia i Misi, remontem domu sąsiadów zajmuje się Pani Agata, a pieczeniem chleba jej mąż – Pan Tomek. W tej książce widać zmiany społeczne, jakie zachodzą i to, że bycie sołtysem, strażakiem, czy też budowniczym to nie tylko domena mężczyzn. Te role coraz bardziej się mieszają i uważam, że to super. I super jest też to, żeby pokazywać dzieciom od małego, że nie ma nic dziwnego w tym, że to kobieta robi remont w domu, a mężczyzna zajmuje się pieczeniem chleba, czy też robieniem innych czynności kojarzących się z kobiecymi zadaniami.

W „Puciu na wsi” fajne jest również to, że nie jest to typowo sztampowa historyjka o gospodarstwie, gdzie panowie jeżdżą traktorami, a panie gotują w domu obiad. Na wsi u babci i dziadka dużo się dzieje i dużo można się dowiedzieć. Całość wzbogacona jest pięknymi ilustracjami wykonanymi przez Joannę Kłos, które są znakomitym uzupełnieniem opowieści. Oglądając ilustracje i czytając o tym wszystkim, co Pucio i Misia robią na wsi u babci i dziadka aż sama chętnie bym powróciła do dziecięcych lat i spędziła trochę czasu na takich wiejskich aktywnościach.
Super jest również to, że na każdej stronie mamy zadania, które możemy robić z dzieckiem. Poza tym, że dzięki nim dziecko uczy się nowych rzeczy, to przedłużają one „żywotność” książki.

U nas w domu ostatnimi czasy praktycznie na zmianę czytamy Kicię Kocię albo Pucia. I cóż zrobić? Nic :) Czytać, kiedy dziecko chce, aby mu czytano. To naprawdę ważne i mocno wpływa na rozwój. Codziennie więc czytamy, mimo, że chwilami mam już po kokardę historyjek o Kici Koci, Packu, Puciu i Misi ;) Dobrze jednak, że nowe książeczki z tych serii regularnie się ukazują i jako rodzic mam trochę urozmaicenia. Bo dzieci lubią i potrzebują powtarzalności ;)
Jestem mamą Krzysia i Zuzi oraz żoną Darka. Uwielbiam książki fantasy, postapo, seriale Netflixa i Outlandera. W wolnych chwilach lubię pograć na konsoli lub w jakąś planszówkę (Agricola <3). Praktykuję jogę.
Artykuł „Pucio na wsi” Marta Galewskiej-Kustry – nowa książka ulubieńcem dzieci pochodzi z serwisu TakieToMiłe.pl.
]]>